Michał Wójcik
Wielkie zwycięstwo nad bolszewikami w 1920 roku pod Radzyminem - jak powszechnie wiadomo - zawdzięczamy interwencji Matki Boskiej. Oczywiście swoje zrobił tu naczelnik Piłsudski, ale przecież każdy wie, że sierpniowego poranka Maryja płaszczem mgły okryła polskie hufce i tym sprytnym manewrem wyprowadziła "kałmuków" w pole. Potem wystarczyło tylko wygrać. No i cud nad Wisłą gotowy. Cud był jak malowanie, a bolszewicy Warszawy nie zdobyli. Co więcej - zmiatali spod niej jak zające. Czy potrzeba nam innych dowodów na interwencję Madonny?
Nieco, ale tylko nieco, inaczej było w średniowieczu. A potem w czasach odrodzenia, szwedzkiej nawały czy napoleońskiej fantazji. Niebiosom nie starczył tak jaskrawy dowód jak oczywista wiktoria niepotwierdzona czymś namacalnym. Potrzebny był znak. Świadectwo opatrzności i boskiego wkładu w cud polskiego istnienia. Jak to było pod Grunwaldem? No przecież św. Stanisław wzniecił wiatr, który wiał w oczy Krzyżakom, a w plecy zwycięskiej armii Jagiełły (tak jest u Matejki). Po wiekach archeologowie odkryli na krwawym polu surrealistyczną włócznię, która - jak się okazało - pochodziła z Afryki (niezłe, co?). A jak było pod Jasną Górą? A co pod Cedynią, Świecinem, Wiedniem? A właśnie, że było tak samo. Prawda, że u bratnich Czechów stawał w rycerskim szeregu św. Wacław, gromiąc Niemców jak się patrzy, ale to jeszcze wzmacnia nasze rozumowanie. Dowody są. Trzeba tylko poszukać.
Oto Bozistopka koło jeziora Dobrego blisko Żarnowca na Kaszubach. Właśnie tu pierwszy polski hetman z prawdziwego zdarzenia (tak naprawdę gästarbeiter) Piotr Dunin rozbił w puch brodaczy w habitach. Wspaniałą wiktorię, do której doszło 17 września 1462 roku, osoba boska przypieczętowała własną stopą. Niedowiarków kieruję na granicę byłego folwarku klasztoru żarnowieckiego Świecin, na skrzyżowanie miedz wsi Minkowice, _Polchówno i Czechy. Leży tu kamień z wyraźnym odciskiem stopy. Chłopca siedmioletniego - jak precyzował w 1721 roku etnograf ks. Gabryel Rączyński, widocznie w tej materii niedowiarek. A przecież legenda nie pozostawia nam żadnych wątpliwości. Lud opowiada - cytuję wspaniałe opracowanie Boże Stopki - archeologia i folklor kamieni z wyżłobionymi śladami stóp Maksymiliana Barucha z 1907 roku - że gdy razu pewnego Polacy walczyli ze Szwedami (tych podanie wymienia zamiast Krzyżaków), a pierwsi już nieomal klęskę ponieść mieli, ukazała im się jakaś postać, która jedną nogą stanąwszy na owym kamieniu, polskie hufce zwycięsko poprowadziła. Dlaczego jedną - o to mniejsza. Któż będzie liczył nogi pięknej legendzie?
Bozistopka też jest jedna, i to w dodatku mała. Ma zaledwie 15 cm długości i 5 szerokości. Nie ma to znaczenia, grunt, że Polacy wygrali przez K.O., jednakże - Długosz nie pozostawia nam złudzeń - zachowali się przy tym jak niechrzczona banda. Zamiast pokazać Krzyżakom piękny styl i miłosierdzie, urządzili im - prawda, że zgodnie z pragmatyką europejską - rzeźbę okrutną. Bądź co bądź, rycerzom Najświętszej Maryi Panny!
A wszystko zaczęło się niepomyślnie. Zaskoczony w drodze na Lębork i otoczony Dunin, zamiast się poddać, przyjął bitwę i ustawił swoich. Nie czekał na atak, tylko rozkazał uderzyć z boku. Nad wyraz skutecznie: pękł szyk zakonników i wtedy w ciżbę wjechało 112 ciężkozbrojnych - bo tylko tylu miał polski dowódca. Ich szarża - jakby czołgów - zadziałała jak tornado. Zmiotła Krzyżaków i zepchnęła w lasy. Na tyle żwawo, że sam mistrz Żeromski poświęcił batalii sugestywny opis:
Miecz rypał w tarczę - pisał w Wietrze od morza. Młot z góry wbijał szyszak w ramiona, aż mózg przez widziory wytryskał. Polscy i niemieccy mężowie gromili się wzajem z ramienia, o śmierć walcząc lub życie. Nie ostał się gruby napierśnik przed ostrzem spadającego topora. Zaciekły sztylet zdradzieckim popchnięciem przerzynał gardło lub kiszki.
I wtedy właśnie zdarzył się cud. Pod koniec bitwy w Polaków jakby zły duch wstąpił. Gdy tylko na polu ostał się tabor z resztką rycerstwa wewnątrz ukrytą, Dunin przeprowadził atak prawie samobójczy. Jazda polska, zerwawszy łańcuchy spajające wozy, wpadła na środek dziedzińca i dokonała istnej masakry. Dunin w zapamiętaniu nie zauważył nawet, że został trafiony. Nie z kuszy - z armaty! Mimo to dokończył dzieła. Nie brano jeńców. Kto poległ, trafił do kopca, który do dziś zresztą stoi na polu - kilometr na południe od wsi piętrzy się pagórek zwany Krzyżaki. No, poniosło naszych: nie boska, ale diabelska chyba to była sprawa.
Kilkanaście metrów od Bozistopki leży inny głaz. Jest o wiele większy i cięższy. Od wieków okoliczni zwą go Diabelskim. Śladów czarta na nim wprawdzie brak, ale widać odręcznie, że nawet w niepokalanej polskiej duszy czasem diabeł brudnym ogonem mocno miesza.
|