Koleje japońskie to prawdziwy fenomen. To ponad 22 mld przewiezionych pasażerów rocznie. To superszybkie pociągi przypominające z wyglądu ponaddźwiękowe samoloty (tyle że bez skrzydeł), mknące po szynach z prędkością 240 – 300 km/h. To przysłowiowa wręcz punktualność, czystość i komfort dla podróżnych. To zautomatyzowany system dystrybucji biletów i perfekcyjna organizacja ruchu pasażerów na dworcach, bez której nie udałoby się obsłużyć takiej masy ludzi. Każdy wie, gdzie ma wsiąść do pociągu i jak się przesiąść, aby dotrzeć do celu (często odbywa się to bez wychodzenia na peron, bo pociągi stają drzwi w drzwi). Dla Polaków skazanych na usługi Polskich Kolei Państwowych brzmi to jak bajka o żelaznym wilku. Powolne, często spóźniające się pociągi, tabor pamiętający czasy PRL, brudne i cuchnące dworce, brak informacji i koordynacji przewozów między spółkami PKP – oto ciągle nasza rzeczywistość. Chciałoby się, aby w sferze kolejnictwa Polska jak najszybciej stała się – to hasło Lecha Wałęsy z czasów pierwszej „Solidarności” – drugą Japonią. Ale każdy medal ma dwie strony. Nowoczesność, komfort i bezpieczeństwo drogo kosztują i koleje japońskie mimo wysokich cen biletów i ogromnych przewozów generują straty. Oby nasz „cud kolejowy”, jeśli – wierzmy – kiedykolwiek nastąpi, był oparty na zdrowszych podstawach finansowych. W każdym razie artykuł poświęcony dziejom japońskich kolei dowodzi, że zagadnienia gospodarcze i techniczne mogą być równie frapujące co losy władców, polityków i wodzów.