WE WŁADZY PIERŚCIENIA
Andrzej Brzozowski
Władca Pierścieni. Drużyna Pierścienia (Lord of the Rings. The fellowship of the Ring)
Nowa Zelandia/USA 2001, 172 min.
Reżyseria: Peter Jackson
Scenariusz: Peter Jackson, Fran Walsh, Philippa Boyens
Muzyka: Howard Shore, Enya
W rolach głównych: Sean Bean, Orlando Bloom, John Rhys-Davies, Ian McKellen, Viggo Mortensen, Liv Tyler, Elijah Wood
Dystrybucja: Warner Bros. Pictures
Dawno temu, w II Erze Śródziemia, wykuto 19 magicznych pierścieni o wielkiej mocy, które rozdzielono między rasy zamieszkujące ziemię: krasnoludy, elfy i ludzi. Lecz w czeluściach Orodruiny, Góry Ognia, Sauron wykuł jeszcze jeden, najpotężniejszy, dzięki któremu mógł pozostałymi zawładnąć i "w ciemności związać w krainie Mordor, gdzie zaległy cienie". Jednak Czarny Władca stracił Jedyny Pierścień. Po trzech tysiącach lat znalazł się on przypadkowo w rękach spokojnego ludu hobbitów.
Chyba każdy zna tę piękną historię, a jeżeli nie, to niech się nie przyznaje i czym prędzej przeczyta Władcę Pierścieni J.R.R. Tolkiena, książkę, którą w wielu plebiscytach uznawano za powieść XX stulecia. Jej ekranizacji podjął się nowozelandzki reżyser Peter Jackson, zabierając nas do krainy magii, demonów i fantastycznych istot, tuż przed ostateczną walką Dobra ze Złem.
Czy w XXI wieku można nakręcić filmu fantasy bez efektów specjalnych? Pytanie wydaje się retoryczne, a jednak właśnie taki film widziałem. Wprawdzie wiadomo, że Balrog to tylko cyfrowy obraz wygenerowany przez komputer, a okrutny i przerażający Uruk-hai to znakomicie ucharakteryzowany aktor. Tyle, że na ekranie nie da się tego zauważyć. Mamy wrażenie, że nie występują tam aktorzy w kostiumach, ale prawdziwe krasnoludy, hobbici i orki. Dbałość o szczegóły najlepiej widać na tle ogromnej różnorodności ras i kultur Śródziemia. Widzowie bez kłopotu odgadną, w jakiej krainie się znajdują: sielskiego jak wiejskie rejony Anglii Shire nie można pomylić z zadymionymi kuźniami i prymitywnymi kopalniami Isengardu, a wykutej we wnętrzu góry monumentalnej siedziby krasnoludów – Morii z rozłożonym na drzewach elfickim Lorien o zwiewnej architekturze. Każda z kultur ma własny kanon zdobniczy, zwyczaje, sposób ubierania się, specyficzne ruchy i zachowania. Tu książkowy pierwowzór wiernie przeniesiono na ekran. Podobnie rzecz się ma z językami Śródziemia. Ludzie, krasnoludy czy hobbici mówią wprawdzie stylizowaną angielszczyzną (krasnoludy ze szkocką szorstkością, niziołki z wiejskim akcentem z Gloucestershire), o tyle dla elfów Tolkien stworzył zupełnie nowy język. Także w filmie słyszymy melodyjny, nie podobny do żadnego innego, quenya.
Z podobną troską potraktowano przygotowanie scen walki i wszystkiego, co z nią związane. Należy oddać hołd kunsztowi mistrza szermierki Boba Andersona i pracowni Weta Workshop, która przygotowała wspaniałe, oryginalne uzbrojenie. Orki w prymitywnych zbrojach atakują bezładnie i tylko wtedy, gdy mają przewagę. Elfy specjalizują się w łucznictwie, choć i w walce wręcz są zabójczo szybkie. Mali hobbici walczą w grupie, ramię przy ramieniu. Fantastyczna jest zwłaszcza scena obrony elfickiej armii Gil-galada przed szarżą wyjącej hordy orków. Jeśli do tego dodać znakomitą scenografię i urzekające krajobrazy Nowej Zelandii, wprost żywcem przeniesione z tolkienowskich opisów, otrzymamy dzieło, które może zadowolić nawet najwybredniejszego (a za takiego się uważam) fana twórczości J.R.R. Tolkiena.
W filmie, na który czekało grono krytycznych i sceptycznie nastawionych wielbicieli powieści, wiele uwagi należało poświęcić obsadzie (vide – zamieszanie wokół obsady naszego Wiedźmina). I tu intuicja nie zawiodła Jacksona, choć niewątpliwe zasługi miał też zespół charakteryzatorski. Wzorcowy archetyp czarodzieja stworzyli sir Ian McKellen w roli Gandalfa i Christopher Lee jako Saruman. Na szczególne wyróżnienie zasługuje znakomita kreacja Seana Beana – filmowego Boromira, Brawa dla twórców scenariusza (Jackson, Fran Walsh i Philippa Boyens), którzy nieco dodali sceny uwypuklające destrukcyjny wpływ mocy pierścienia na syna namiestnika Gondoru.
Tyle o obrazie. A przesłanie? Wszak Władca Pierścieni to opowieść o dojrzewaniu, przyjaźni i poświęceniu. Uczy też, że zła nie można pokonać, lecz jedynie mu się oprzeć i usunąć w cień. Niewiele tego w pierwszej części tak powieści, jak i filmu, więc aby ocenić wierność przeniesienia ducha książki na ekran, musimy czekać na kolejne części. Wypada mieć nadzieję, że Jackson, utrzymując rozmach strony estetycznej, nie zapomni o tolkienowskim moralitecie. W innym przypadku będzie to bowiem tylko świetnie zrealizowany wideoklip, który cieszy oko i nie drażni umysłu. Czekam też z niecierpliwością, jak zostaną rozwiązane przygody każdego z bohaterów po rozdzieleniu się drużyny – tutaj Tolkien pokazał mistrzostwo w umiejętności zawieszania akcji w najciekawszym momencie i chyba lepiej, żeby reżyser nie zmieniał na siłę dobrego schematu.
Zdziwionych entuzjastycznym tonem tej recenzji informuję, że nie jest to artykuł sponsorowany, a jej autor nie ma nic wspólnego z Warner Bros. Pictures. Po prostu nie ma się do czego przyczepić. Kiedy w 1954 roku po raz pierwszy wydano pierwszy tom Władcy Pierścieni w "The London Sunday Times" napisano, że odtąd świat już zawsze dzielił się będzie na dwa rodzaje ludzi: "tych, którzy przeczytali Władcę Pierścieni i tych, którzy zamierzają to zrobić". Ja dodam, że od premiery filmu Jacksona świat zawsze będzie się dzielił na tych, którzy obejrzeli Władcę Pierścieni, i tych, którzy muszą to zrobić.
|