CZESKI BŁĄD
Piotr M. Majewski
Książka Jana P. Wiśniewskiego to kompilacja kilku istniejących już opracowań na temat armii czechosłowackiej przed 1938 rokiem. Autor uzupełnił je polskimi materiałami wywiadowczymi z tego okresu, nie zapoznał się natomiast w ogóle z bogatymi archiwaliami czeskimi, choć utrzymuje, że tak postąpił. Mamy zatem do czynienia z pracą wtórną, w czym nie byłoby zapewne nic gorszącego, gdyby autor przestrzegał pewnych, oczywistych zresztą reguł.
Pierwszą z nich powinno być możliwie jak najpełniejsze wykorzystanie dostępnej literatury przedmiotu. Niestety, Jan P. Wiśniewski zamiast czasochłonnej lektury podstawowych publikacji czeskich wybrał drogę na skróty, opierając swe wywody na książce historyka amatora Miloslava Johna, z zawodu inżyniera automatyka. Zapewne sądził, że jej pokaźna objętość (dwa tomy) gwarantuje odpowiedni poziom merytoryczny. Nie zaniepokoił go nawet brak przypisów i bibliografii, nie pozwalający na weryfikację źródeł podawanych informacji. Tymczasem Miloslav John znany jest w środowisku czeskich historyków wojskowości z notorycznych zmyśleń, pomyłek i nieścisłości. Wiśniewski powtarza wiele z nich, tworząc jednostki wojskowe, których nigdy nie było, myląc nazwiska i funkcje lub po prostu przeinaczając fakty. Tymczasem aby uniknąć błędów, wystarczyło zajrzeć do jakiejkolwiek innej czeskiej publikacji poświęconej przedwojennej armii.
Drugą zasadą, którą powinna rządzić się nie tylko kompilacja, ale każda praca historyczna, jest rzetelność i uczciwość badawcza. Pod tym względem Janowi P. Wiśniewskiemu można postawić cały katalog zarzutów. Już przy pobieżnej lekturze książki w oczy rzuca się wyjątkowo niechlujna – nawet jak na obecne standardy wydawnicze – ortografia. Obcojęzyczne nazwiska i nazwy własne (nie tylko czeskie!) pisane są zazwyczaj z błędami. Autor podaje w przypisach odwołania do nieistniejących stron książek, powołuje się też na rzekome twierdzenia innych badaczy, których próżno szukać w jakichkolwiek publikacjach. Przede wszystkim jednak w sposób nieuczciwy posługuje się cudzym dorobkiem naukowym. W jego pracy odnalazłem wiele fragmentów (s. 98, 147–149, 151, 162, 189, 191–192, 194–195, 197, 200–204, 206–208, 210–211, 213–214) przepisanych mniej lub bardziej dosłownie z Europy w przededniu wojny Mariana Zgórniaka (Kraków 1993) oraz Historii Czechosłowacji Romana Hecka i Mariana Orzechowskiego (Wrocław 1969). Autor nie pogardził nawet moim popularyzatorskim artykułem o czechosłowackim potencjale obronnym w 1938 roku, wydrukowanym w "Mówią wieki" (nr 4–5/1997). W jego książce natrafiłem na obszerne fragmenty przepisane stamtąd in extenso lub nieco tylko zmienione (s. 124, 144, 147, 174–176), dodajmy, zamieszczone bez cudzysłowu i powołania się w przypisach na moją publikację. Co ciekawe, Jan P. Wiśniewski nie wykazał na tyle inteligencji, aby zauważyć, że wiele dokonanych przez Mariana Zgórniaka i przeze mnie ustaleń stoi w sprzeczności z faktami zaczerpniętymi z pracy Miloslava Johna. Nawet popełniając plagiat, trzeba – jak widać – trochę pomyśleć, a nie tylko mechanicznie sklejać fragmenty cudzych prac.
Na niedopuszczalność opisanego postępowania zwracałem uwagę Janowi P. Wiśniewskiemu listownie oraz w recenzji zamieszczonej w "Przeglądzie Historyczno-Wojskowym". Zamiast przeprosin otrzymałem jednak arogancką odpowiedź, że literatura naukowa jest po to, abyśmy z niej korzystali, i pierwszy raz spotyka się on z przypadkiem, że autor ma pretensje do osoby, która zacytowała jego artykuł. Problem polega jednak na tym, że nie cytował on mojego artykułu, lecz dokonał jego plagiatu. Jego pokrętne wyjaśnienia nie różnią się od tłumaczenia kradzieży zegarka potrzebą sprawdzenia, która jest godzina. Jeżeli Jan P. Wiśniewski nie zgadza się z postawionymi mu zarzutami, chętnie dowiodę swych racji przed sądem.
|