Logo MW Logo portalu
GŁÓWNA STRONA

MÓWIĄ WIEKI
Telegraf historyczny
Rozmowy MW
Czas przeszły i zaprzeszły
Wojenko, wojenko
Historyczna Agencja Turystyczna
Okruchy historyczne
Klasyka eseju historycznego
Parada warchołów
Kobiety w purpurze
Na udeptanej ziemi
Wernisaż historyczny
Powieści, powieścidła
Celuloidowe dzieje
Szkolna Liga Historyczna
Komputer i historia
Recenzje
Z księgarni
Od redakcji
Edukacja
Konkursy
Zawód: historyk
Polemika
Archeologia PRL
Reportaż historyczny
Historia na pocztówce
Historia w karykaturze
Koszulka Dejaniry
Bogowie wojny
Plotki z brodą
Skarpeta pielgrzyma
Wydarzenie wydawnicze
W krainie czarów
Historia w internecie
Szkoła główna handlowa w Warszawie 1906-2006
Ludzie, którzy zmienili świat
Polska po zamachu majowym
51. Międzynarodowe Targi Książki w Warszawie
W Tarnowie i Galicji - Rozmowy MW
W Tarnowie i Galicji - Czas przeszły i zaprzeszły
W Tarnowie i Galicji - Wojenko, wojenko
W Tarnowie i Galicji - Bogowie wojny
W Tarnowie i Galicji
Kliomatograf
Polski rok 1956
Kroniki rycerskie
Bielsko-Biała - miasto i ludzie
Wojna na pustyni 1940-1943
Skierniewice - miasto i ludzie
Renesansowe opowieści
Kraków - znaki miasta
Kraków - mistrzowie dawni
Kraków - miasto i przestrzeń
Smaki Krakowa
Sławne muzea
Nadzieje i niepokoje
Dał nam przykład Bonaparte
Wernisaż historyczny
Na salonach i ulicach
Z przymrużeniem oka
Władysław Anders - żołnierz i polityk
Dawno, dawno temu
U stóp klasztoru
Ludzie i idee
Czasy wielkich przemian
W walce o niepodległą
Radom - narodziny miasta
Radom - arena wielkich wydarzeń
Radom - czas modernizacji i walki
Elbląg - zanim powstało miasto
Elbląg krzyżacki
Elbląg - czas prosperity
Elbląg - w cieniu polityki i wojny
Elbląg - Historyczna Agencja Turystyczna
Pożegnania
Świt Kozaczyzny
Państwo Kozaków
Rozwód z Rzecząpospolitą
W XX wieku
Podręcznikowy Trójkąt Weimarski
Święto Niepodległości
Na dzień Wszystkich Świętych
200. rocznica bitwy raszyńskiej
180 lat polskiego banku centralnego
Sandomierz - miasto i ludzie
Sandomierskie pradzieje
W walce z poganami
W obronie złotej wolności
Wojenne zawieruchy
Odkrywanie Sandomierza
Sandomierz muzealny
Sandomierz nowożytny
Polski rok 1989
Komentarz do podręcznika
Wrzesień 1939 - Rozmowy "Mówią wieki"
Wrzesień 1939 - Próba oceny
Wrzesień 1939 - Oczami świadka
Wrzesień 1939 - Wojna po niemiecku
Wrzesień 1939 - Arsenał
Wrzesień 1939 - Agencja turystyczna
Historie tatrzańskie
Zbrodnia katyńska po 70 latach
Znaczki z historią
Narodziny Węgier
Pod berłem Habsburgów
W cieniu Trianon
Socjalizm po węgiersku
Madziarska Agencja Turystyczna
Tradycje muzyczne
Grunwald - dogrywka
Polski pieniądz przez wieki


REDAKCJA
ARCHIWUM
REKLAMA
PRENUMERATA


Koszulka Dejaniry
$GAZETANAZWA[$row[id_gazetanazwa]]
WŁADZA STRZELA DO ROBOTNIKÓW
Jarosław Krawczyk

Mam nadzieję, że wielu czytelników „Mówią wieki” interesują również książki (naturalnie historyczne), które wydaje nasza Oficyna. Ostatnio są to głównie pamiętniki polskie, albowiem z naszej praktyki wynika, że najskuteczniej upowszechnia się historię „przez osobę”, przez osobiste doświadczenia człowieka rzuconego w głębokie, czasem ciemne, nurty historii.


 
Koszulka Dejaniry
$GAZETANAZWA[$row[id_gazetanazwa]]
Wigilijne zaświaty
Michał Wójcik
Zaświaty fascynują ludzi od zawsze. Pośmiertne wizje czy podróże do piekieł i nieba to jeden z najbardziej ulubionych motywów średniowiecznej literatury. Wizja Thungala, nasze rodzime Straszliwe widzenie Piotra Pęgowskiego czy Boska Komedia Dantego to charakterystyczne przykłady tej fascynacji. Dlaczego o tym wspominam na początku grudnia, gdy święta Bożego Narodzenia za pasem? Właśnie dlatego!

 


 
Koszulka Dejaniry
$GAZETANAZWA[$row[id_gazetanazwa]]
JEJ SZEROKOŚĆ CEGŁA
Michał Wójcik
Dziś zacznę od prywaty. Właśnie rozpoczęła się przebudowa mojego domu i schludne dotąd mieszkanko w kilka dni zamieniło się w wielki plac budowy. Zaraz pojawił się też atrybut wszelkich budów: brud. Nie taki zwyczajny: czarniawy, lepki i trudny do zmycia. Nawet gdy po paru dniach roboty zostały wstrzymane, wszędzie osiadł ceglany kurz. Bo oto i cegła. Główny materiał budowlany mojej skromnej przebudowy. Obracam ją w dłoniach. Na pierwszy rzut oka to zlepiony piach. Podłużne domino, które rozsypuje się w dłoniach. Lekkie to i kruche. No i szare jak cement czy beton. Pożal się Boże! I to ma tworzyć mur, którym odgrodzę się od mieszkania sąsiada? Pierwszy lepszy dresiarz z małym stażem "na siłce" rozwaliłby taką ścianę z byka – popularnym w kulturze angloamerykańskiej sposobem na szybkie zakończenie sparringu. Tymczasem właśnie taka cegła ma stanowić o sile mojej opoki, mego domu i twierdzy.

 
Koszulka Dejaniry
$GAZETANAZWA[$row[id_gazetanazwa]]
BUSZUJĄC W GROBOWCU
Michał Wójcik
Dwadzieścia lat temu z okładem usłyszałem zdanie, które od tej chwili z szacunkiem kazało mi wsłuchiwać się w każde ludowe podanie, każdą legendę, klechdę czy opowieść. Nawet jeśli ta wydawała się nieprawdopodobna (jak to legenda) czy nietrzymająca się kupy (jak to niejedna klechda). Autorem przestrogi dla młodego historyka był nie kto inny jak prof. Henryk Samsonowicz. Prowadząc zajęcia z nauk pomocniczych historii, wspomniał kiedyś o legendzie arturiańskiej. Przez całe stulecia uważano, że w tym podaniu nie ma ani krzty prawdy. A jednak, po wnikliwych badaniach i kwerendach, okazało się, że w VI czy VII wieku rzeczywiście istniał jakiś watażka, który w walce o dwie czy trzy świnie dokonał w kraju Brytów czynów mężnych i chwalebnych. Z biegiem czasu jego zajazd za miedzę urósł do rangi starcia tytanów obleczonych w wielotonowe zbroje, z mocnym udziałem przeróżnych wróżek, elfów i strzyg.

 
Koszulka Dejaniry
$GAZETANAZWA[$row[id_gazetanazwa]]
WIECZKA POD MAUZOLEUM
Michał Wójcik
Coraz weselej na odcinku stosunków polsko-rosyjskich. Jeszcze kilka miesięcy temu w Skarpecie pielgrzyma nieśmiało zaproponowałem, aby na rosyjskie dictum, czyli wprowadzenie do kalendarza politycznego rocznicy wypędzenia Polaków z Kremla, wprowadzić w ramach retorsji do naszego kalendarza datę-rocznicę ślubu cara Dymitra Samozwańca z Maryną Mniszchówną. Wtedy propozycja ta wydawała mi się śmieszna i niewinna. Niestety, ostatnio w ruch poszły pięści. Zaczęło się bezpardonowe polowanie na zęby Polaków w Moskwie. Jakby rosyjskim fighterom wydawało się, że kilkoma kopniakami i razami da się wybić kły naszej odwiecznej przyjaźni. Otóż nie da się! Hej, kto Polak na bagnety...

 
Koszulka Dejaniry
$GAZETANAZWA[$row[id_gazetanazwa]]
GOCI NAD GROBAMI GALÓW
Jarosław Krawczyk
Każdy, kto prawdziwie przeżywa historię, nosi w sobie wiele obrazów przeszłości, które osadziły się w jego wyobraźni. Jam mam takich bez liku. Wiele z nich pochodzi z filmów, które oglądałem dzieckiem. Głównie w jedynym kinie miasta Ursus, które podówczas nie było jeszcze Warszawą. I ogromnie wrył mi się w pamięć film Walka o Rzym, o wojnie wschodnich Rzymian z Ostrogotami w Italii. Został nakręcony w Hollywood według słynnej powieści niemieckiego nacjonalisty Feliksa Dahna, a w roli głównego bohatera pozytywnego występował młody, mężny i jasnowłosy król Totila. Niedawno z wielką przyjemnością przeczytałem znakomitą opasłą monografię dziejów Gotów pióra prof. Wolframa i... obraz wrócił.
Jest początek lipca 552 roku, nad Busta Gallorum (czyli Grobami Galów) w środkowej Italii wisi rozżarzone słońce. Młody król Gotów wyjeżdża przed zastępy swej drużyny. Zaraz ruszy ostatnia szarża Ostrogotów... Gdy czytałem u Tolkiena opowieść o ostatniej szarży Rohirrimów, nie miałem wątpliwości, że pisarz znalazł ją pod Busta Gallorum. Przecież jeźdźcy Rohanu to podkolorowani Goci, a król Theoden wziął imię od prawdziwych Teodoryków czy Teudimirów.
No, ale trzeba koniecznej szczypty pedanterii. Ostrogoci to jeden z trzech głównych odłamów Gotów, stosunkowo niewielkiego ludu germańskiego, którego przemieszczenia odegrały olbrzymią rolę podczas tzw. wędrówki ludów. Gdzie ich nie było?! W Skandynawii, na Rusi, Bałkanach, Węgrzech, w Italii, Francji, Hiszpanii i gdzie tam jeszcze. Ale – uwaga – ich prawdziwy historyczny matecznik to północ dzisiejszej Polski, zwłaszcza na prawym brzegu Wisły. Może wiec jesteśmy trochę Gotami? Tym bardziej że królowie Polski z dynastii Wazów nosili tytuł władców Szwedów, Gotów i Wandali, a Jana III Sobieskiego nazywano po wiktorii wiedeńskiej gockim Marsem...
U kresu V wieku Ostrogoci przywędrowali do Italii, gdzie pod wodzą Teodoryka Wielkiego powstało niezwykłe państwo Gotów i Italików. Siła można by o tym pisać, ale dziś będzie o czymś innym. Dość, że po śmierci tego mądrego króla w 526 roku państwo popadło w malowniczy chaos, co skrzętnie wykorzystał cesarz Justynian I. Jego wódź Belizariusz (powiadają, że Słowianin – Beli-car) odwojował Italię dla imperium, kładąc trupem część ostrogockiego szczepu.
Ale Goci znów powstali pod wodzą owego Totili i pogonili Belizariusza, któremu Justynian skąpił posiłków. W stanowczej jednak chwili imperium na Italię ruszył potężny wschodniorzymski korpus pod wodzą niejakiego Narsesa. To zresztą postać niesłychana: dworski eunuch, kuty na cztery nogi w dyplomacji i intrydze, który na starość stał się doskonałym dowódcą.
Mecz był już rozegrany: przeciwko trzydziestotysięcznej (i – by tak rzec – wielofunkcyjnej) armii Narsesa mocno szczuplejsza drużyna gocka nie miała żadnych szans. Notabene umiała tylko jedno – szarżować na bij zabij w kurz i dym. Skąd my to znamy?
Jeszcze raz nad Grobami Galów płonie lipcowe, porażające słońce. Ustawieni w gigantyczne półkole łucznicy bizantyńscy mierzą wzrokiem odległość od frontu gockiej kawalerii, pikinerzy powoli przymierzają się do swych morderczych włóczni... Totila, który już pewnie wie, że nie wygra tej bitwy, wyjeżdża przed zwartą linię swoich jeźdźców. Zalśnił długi gocki miecz, gwałtownie wyszarpnięty z pochwy, król daje znak ręką...
Tak niby powinno być, ale nie było. Zaczął się bowiem niezwykły show. Prof. Wolfram (oczywiście za źródłami) opisuje to tak:
W pięknym rynsztunku, przystrojony w królewskie insygnia, na wspaniałym rumaku bojowym wykonał przed bitwą dżigitówkę – kunsztowną popisową przejażdżkę z oszczepem, typową dla wschodnich nomadów. Udowodnił swoją zręczność, a wszyscy, zarówno wrogowie, jak i przyjaciele, patrzyli na wspaniałe przedstawienie...
Przymykam oczy i widzę: po obu stronach nerwy napięte do ostatnich granic, a młody król wykonuje cyrkowy, woltyżerski numer – żongluje włócznią, zmienia chody konia, z niesłychaną dezynwolturą okazując, iż z niego mąż nad męże. W tej chwili (pięknie opisała ten moment Maria Malewska w powieści Przemija postać świata) każdy z wojowników chciał być Totilą. A ja – tylko obserwatorem tej zdumiewającej sceny.
A potem 6 tys. Gotów uniesionych fantazją młodego bohatera runęło z kopyta na łuk korpusu Narsesa. Nie doszli. Łucznicy armii wschodniego Rzymu rozstrzelali ostatnią szarżę Ostrogotów. Ktoś powie: Boże, cóż to za polska historia – na koniach, bez broni, w dym i na pohybel. Temu odpowiem, że lud Ostrogotów zwiał wiatr historii, a my dalej trzymamy się mocno.

 
Koszulka Dejaniry
$GAZETANAZWA[$row[id_gazetanazwa]]
TRUP WŚRÓD PANIEN
Michał Wójcik
Wakacje sprzyjają peregrynacjom. Muzea, skanseny i parki narodowych pamiątek dwoją się i troją, by urozmaicić turystom wydawanie pieniędzy. Jako że na tej stronie proponuję podróże w czasie i przestrzeni – tym razem znowu o rycerzach w habitach.
Pamiętacie zapewne z lekcji polskiego Konrada Wallenroda? Mistrz krzyżacki – notabene postać historyczna – miał zdradzić swój zakon i wyprowadzić braci w pole. Na tym polu mieli czekać Litwini, którzy wyrżnęli brodaczy w pień, początek dając legendzie o pozytywnym zdrajcy. Wszyscy, którzy postanowili spędzić dzień w Malborku, niech pamiętają: nie trzeba fatygować się na Litwę, bo inny, zapomniany, Wallenrod dokonał zdradzieckiego dzieła tu, w stolicy zakonu.
Gdy pierwszy raz usłyszałem tę legendę, przed oczami stanął mi towarzysz Tito. Sekretarz Komunistycznej Partii Jugosławii nie przepadał za Stalinem. I vice versa zresztą. Niemniej to Stalin postanowił podziękować Ticie i posłać go na tamten świat. Wysłał do Belgradu najpierw jednego killera, potem drugiego, wkrótce trzeci poleciał – uzbierało się w końcu kilku zawodowców. Ale służby specjalne eks-partyzanta za każdym razem wyłapywały nasłanych morderców. W końcu zmęczony uporem Stalina Tito sięgnął po słuchawkę i połączył się z Gruzinem. Słuchajcie mnie uważnie, Soso – zaczął uprzejmie. – Wysłaliście już kilku, aby mnie zabić. Nie udało się. Ja postąpię inaczej. Wyślę jednego, a on już powie wam resztę. Zgoda?
A teraz cofnijmy się o 700 lat. Na początku XIV wieku zamek w Malborku nie wyglądał tak monumentalnie jak teraz. Można nawet powiedzieć, że był zwykłym zawilgoconym garnizonem. Gigantyczna rozbudowa dopiero się zaczynała. Co to musiał być za koszmar: walające się wszędzie wapno, rozrzucone cegły, połamane rusztowania, smród potu i łajna, a wśród tego chaosu rozmodleni mnisi z krzyżami na białych płaszczach. Do tej scenografii 18 listopada 1330 roku doszło coś jeszcze. Wrzask i tragedia. Mord i tajemnica.
Która to mogła być godzina? Zapewne popołudniowa, bo właśnie skończyły się nieszpory. Wielki mistrz Werner von Orseln poderwał się z klęczek i ostatni raz rzucił okiem na figurę Matki Boskiej – patronki zakonu. Przy chóralnym śpiewie konfratrów skierował się do wyjścia. Właśnie przechodził przez próg przepięknie rzeźbionej Złotej Bramy, gdy wtem drogę zastąpił mu _jeden z braci. Był skulony i krył coś w dłoni. Wyobraźmy sobie ten moment, bo za chwilę historia zakonu, największego wroga Polski i Litwy, zmieni się, jak zmieniają się pory roku.
Mnich powolnym ruchem odrzuca biały kaptur, prostuje sylwetkę i wyciąga nóż. Teraz wszystko toczy się już błyskawicznie. Zakonnik rzuca się na mistrza i zanim komturowie czy wielki marszałek zdążyli cokolwiek zrobić, wbija cienką klingę w pierś swojego szefa. Weź to ode mnie! – krzyczy i wbija nóż raz jeszcze. Ten cios jest śmiertelny. Mistrz osuwa się na posadzkę, a krużgankiem wstrząsa głośny wrzask o pomoc. Zakonnicy rzucają się za zamachowcem, który nie stawia oporu. Mistrz umiera w ciągu godziny w swojej komnacie. O czym rozmawia z najbliższymi? Ci gorączkowo próbują się dowiedzieć, kto stoi za zamachem.
Śledztwo toczy się błyskawicznie. Zapewne nie obywa się bez sprawdzonych metod wyciągania zeznań. Zamachowiec, mnich Jan Endorf z Saksonii, przeżyje jednak przesłuchanie. Resztę swych dni spędzi w więziennej celi o wodzie i chlebie. Tajemnicę mordu zabierze jednak do grobu.
Oficjalna wersja mówiła o szaleństwie pobudliwego zakonnika. Wiadomo bowiem było, że wszyscy przełożeni mieli z nim problemy. Nie słuchał komendanta załogi zamku Skirstymoń, gdzie niedawno służył, w nosie miał polecenia komtura z Kłajpedy. Chciał podobno walczyć z poganami, ale jako niezdyscyplinowany i porywczy musiał myć gary na zapleczu. Wyprowadzony z równowagi, szukał sprawiedliwości u wielkiego mistrza. Nie znalazł – i zabił.
Tak było? Rycerz Jan Endorf rzeczywiście przez lata służył w zamku Skirstymoń. Ten leżący na pograniczu z Litwą kasztel ciągle był narażony na ataki pogan. W końcu zakon się poddał. Ponieważ Krzyżacy nie chcieli, aby twierdza wpadła w ręce wroga, spalili ją. Wcześniej jednak komendant placówki obmyślił krwawy finał. Zaprosił znamienitych Litwinów na ucztę, a potem spitych i nażartych zamknął w stołówce i żywcem spalił. Ale nie z Giedyminem takie numery. Wielki książę litewski nie zwykł był zapominać takiej zniewagi. I tu przypomina się korespondencja między Stalinem i Tito. Giedymin wysłał bowiem do Malborka jednego człowieka. Był nim właśnie sfrustrowany mnich zdrajca.
Dziś śladów krwi na kamiennej posadzce już nie ma. Zachował się jednak portal drzwi, przez które opuszczał kaplicę wielki mistrz. Rzeźby pięciu panien mądrych i pięciu głupich, które zdobią odrzwia, to jedyni świadkowie tragedii sprzed wieków. Nietknięte przez czas, gapią się na miejsce tragedii i milczą jak zaklęte.

 
Koszulka Dejaniry
$GAZETANAZWA[$row[id_gazetanazwa]]
DOWODY Z BOŻEJSTOPKI
Michał Wójcik
Wielkie zwycięstwo nad bolszewikami w 1920 roku pod Radzyminem - jak powszechnie wiadomo - zawdzięczamy interwencji Matki Boskiej. Oczywiście swoje zrobił tu naczelnik Piłsudski, ale przecież każdy wie, że sierpniowego poranka Maryja płaszczem mgły okryła polskie hufce i tym sprytnym manewrem wyprowadziła "kałmuków" w pole. Potem wystarczyło tylko wygrać. No i cud nad Wisłą gotowy.

 
Koszulka Dejaniry
$GAZETANAZWA[$row[id_gazetanazwa]]
GRUNWALD NA OPAK
Michał Wójcik
Dziś po zamku w Chojnicach nie ma śladu. Z jednej strony – szkoda. Świadek wojny trzynastoletniej jak nic nadawałby się do tego, by w cieniu jego baszt rozpamiętywać dzieje batalii, która dała Koronie dostęp do modrych fal Bałtyku. Z drugiej jednak strony – może to i dobrze. Miłośnicy przyruinnych kontemplacji niech lepiej zmykają do pobliskiego Człuchowa. Tam wszystko jest na miejscu. I zamek, i wieża, i pijaczek romantycznie rozparty na murku – nieodłączny element historycznych peregrynacji.
A jednak upieram się przy Chojnicach. Przyczyną jest data: 18 września 1454 roku. Na szczęście nigdy nie trafiła do podręczników historii. Tego dnia u stóp zamku odbyła się bitwa, która mogła odwrócić nasze dzieje o 180 stopni. Polska armia zebrała takie cięgi od Krzyżaków, takie baty, że tylko św. Stanisław, patron i opiekun Polski, wie, dlaczego do tej pory o tej fuszerce było cicho sza. I niech tak będzie! Daliśmy ciała, że aż przykro. Przykro? To była poruta! Klęska! Total! Nie bójmy się tego określenia – to był Grunwald a` rebours!
Jak to się stało? Otóż w 1454 roku znienawidzony zakon krzyżacki był już na kolanach. Związek Pruski poddał nam ziemie Krzyżaków właściwie na tacy. Król Kazimierz Jagiellończyk, otoczony lizusami, mniemał, że wystarczy wyprawić się w galowej zbroi pod Malbork, aby przyłączyć tłuściutkie Prusy do Korony. A tu d... blada. Słaby zakon okazał się mistrzem
koncentracji – jak o drużynie piłkarskiej RFN wyraził się niegdyś niezapomniany redaktor Ciszewski.
We wrześniu 1454 roku Krzyżacy otrząsnęli się z szoku i poczęli ściągać z Niemiec, Śląska i Austrii zawodowe posiłki. Wnet ich armia składała się z 9 tys. butnych zawodowców na koniach i nie mniej pewnych siebie 6 tys. piechurów. Polacy tymczasem – nadal mający w tyle głowy grunwaldzką wiktorię – w nosie mieli przestrogi, że nie z frajerami przyjdzie im walczyć. Animuszu dodawał im fakt, że pod Cerekwicą, gdzie odbyła się zbiórka szlachty, pojawiły się takie tłumy, iż – zdawać się mogło – czapki wystarczą, by nakryć Krzyżaków. Samych konnych było prawie 20 tys.! Naczelne dowództwo nad tą niepokorną i niezdyscyplinowaną bandą objął sam król – Jagiełłowy przecie syn!
No i poszły konie po betonie. A w zasadzie po trakcie, który kryje dziś asfalt alei Brzozowej. Podobno gdzieś tu (500 lat temu był to brzeg Jeziora Zakonnego) nasz monarcha założył stanowisko dowodzenia. Tu też dał hasło do ataku.
Plan Krzyżaków był prosty. Manewrem taktycznym chcieli odciągnąć polską ciżbę od miasta i zaatakować z dwóch stron. Rozstrzygający miał być atak z tyłu, z samego zamku. Początek bitwy kompletnie jednak zaskoczył brodaczy. Gdy rozchichrane polskie tałatajstwo ruszyło w pole, z pierwszej linii nieprzyjaciela zostały jeno połamane kopie i tarcze. Atak był tak huraganowy, że w pierwszym starciu zginął głównodowodzący armią zakonną książę
Rudolf Żagański, a dowódca jazdy Bernard Szumborski z Moraw dostał się do niewoli. No i wtedy stało się to, czego się nikt nie spodziewał. Z tyłu zwaliła się na pozornych zwycięzców odsiecz z miasta. Zadowolone z siebie polskie żołdactwo nagle spostrzegło, że to nie koniec starcia, że to dopiero początek. A po czym to – pytał Leszek Miller – poznajemy prawdziwego mężczyznę? Nastąpiła jatka. Uderzenie z flanki wywołało panikę. Polacy rzucili się na groblę jeziora – właśnie tam, gdzie sami chcieli zepchnąć nieprzyjaciela i tratowali się na wąskim przejściu. Uwolniony z niewoli Szumborski przejął dowodzenie i mały włos, a dodałby do rzezi największe zwycięstwo zakonu w dziejach wojen polsko-krzyżackich.
Na szczęście doszli do głosu ochroniarze króla Kazimierza. Otoczyli walczącego już wręcz władcę zwartym pierścieniem i porwali, nie bacząc na totalną klęskę. W ręce wroga dostał się królewski sygnet i pieczęcie jego kancelarii. Polska armia została zdziesiątkowana, zginęło 3 tys. rycerzy. Do niewoli dostało się 300, wśród nich pierwszy polski "hetman" (tego dnia absolutna pierdoła!) Mikołaj Szarlejski, wojewoda poznański (co za wstyd!) Łukasz Górka i rotmistrz (palant!) Wojciech Kostka.
I znowu niespodzianka. Po bitwie zwycięzca Szumborski pokazał naszym, co to rycerski savoir vivre. Wprawdzie wygrał, ale związany rycerskim słowem, nadal uważał się za królewskiego jeńca. Należy dodać, że w tym samym momencie krzyżackie ciury darły na strzępy monarsze łachy, które razem z taborem również dostały się w ich ręce.
Dziś w parku Tysiąclecia leży pamiątkowy głaz. Po wiatraku, który jeszcze sto lat temu stał w miejscu stanowiska króla, nie pozostał nawet ślad. A jednak warto pielgrzymią skarpetę oprzeć na chwilę w Chojnicach i wciągnąć w nozdrza rozrzedzony wiekami odór polskiej porażki. Przecież – pamiętajmy – ostatecznie wszystko się dobrze skończyło.

 
Koszulka Dejaniry
$GAZETANAZWA[$row[id_gazetanazwa]]
KRAKOWSKI ŚLUB SAMOZWAŃCA
Michał Wójcik
Słabują ostatnio stosunki polsko-rosyjskie. Prezydent Putin z trudem łyka gorzką pigułę, jaką zaaplikowała mu bratnia niegdyś Polsza. Ta odwraca się od mateńki Rusi i ciągnie jeszcze za sobą Ukrainę. O zgrozo, na zachód! Jak walczyć z chorą tendencją? Jak zawrócić z błędnej drogi?
Rosyjscy propagandziści receptę znaleźli w mig. W rosyjskim kalendarzu szybko umieścili nowe narodowe święto. I tak od zeszłego roku uroczyście obchodzą rocznicę wypędzenia Lachów z Kremla. Po dwuletnim oblężeniu powstańcom kupca Kuźmy Minina udało się odbić z lackich rąk stolicę carów, by rok później osadzić na tronie Romanowa. Przy okazji nie obyło się bez drobnej manipulacji: radosna ta chwila – czyli kapitulacja polskiego garnizonu w Moskwie – miała miejsce 7 listopada 1612 roku, ale rosyjska Duma przesunęła ją o trzy dni wstecz, na 4 listopada. Powód tej zmiany jest prosty: deputowani postanowili upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, łącząc święto narodowe z cerkiewnym – Matki Boskiej Kazańskiej. Nie poprawi ono zapewne naszych stosunków, ale nie ma co tracić nadziei. Oni nam tak, to my im siak. Proponuję na rosyjskie dictum obwołać 22 listopada naszym świętem narodowym. Zanim do myśli tej przychylą się prezydent i obie izby, niech dadzą się przekonać turyści. I to ci w Krakowie!
Co też się bowiem wydarzyło 22 listopada 1605 roku na krakowskim rynku, że ośmielam się trącać honor samego Niedźwiedzia? Otóż dokładnie czterysta lat temu właśnie pod Sukiennicami król Zygmunt III tańczył na weselu cara. W Krakowie odbył się ślub, a potem weselisko jakich mało. A nic nie robi na poprawę stosunków lepiej niż dobra zabawa. Gdy przejdziemy do szczegółów, miny może trochę zrzedną, ale liczy się dobra intencja. Kto się żenił? Otóż car Dymitr – z Maryną Mniszchówną. Jak się potem okazało, ów car był Samozwańcem, za to dziewczyna jak najbardziej prawdziwa, cała historia zaś tragiczna jak z Szekspira. Ale po kolei.
21 czerwca 1605 roku moskiewski patriarcha koronuje Samozwańca na cara Wszechrusi. Ten nie fatyguje się osobiście do Polski, lecz wysyła do Krakowa swojego zaufanego Afanasieja Własiewa. No i mamy ślub per procura. Własiew był tak onieśmielony przepychem, jaki zgotował na tę uroczystość ojciec panny młodej, wojewoda Jerzy Mniszech, że korowód jego faux-paux ostał się w pamięci krakowian do dziś. No, ale nie ma się co dziwić.
Mniszech, największy spec od działań eventowych polskiego baroku, przekuł ściany pięciu kamienic na rynku w Krakowie i uczynił z nich jeden pałac ślubny. Ilu było weselników? Zapewne więcej niż tysiąc, bo samych ludzi Własiewa przybyło z Moskwy trzystu. Rzeczpospolitą reprezentował nie kto inny jak król Zygmunt III Waza z małżonką. Panna młoda była ubrana w białą suknię altembasową, haftowaną suto perłami i drogimi kamieniami. Na głowie dźwigała koronę, od której po warkoczach długo puszczone z pereł i kamieni splatane wisiały pasma. Podczas ceremonii zaślubin przy Marynie stanęła królowa Anna, a za nimi dziesięcioletni wówczas królewicz, rumiany i tęgi Władzio. Do kaplicy zbudowanej w jednej z sal kamienicy Firleyów Marynę wprowadził wojewoda łęczycki. Tam też przywiedli Własiewa.
Gdy zgodnie z rytuałem kardynał Maciejowski zapytał go, czy car nie ślubował komuś innemu "wiary małżeńskiej", poseł nie potrafił ukryć zdumienia. A czy ja wiem? – szczerze wypalił. Gdy uciszono śmiechy, nastąpiło sakramentalne "tak". Znowu nie bez zgrzytów. Własiew nie chciał ślubować po łacinie, a kiedy kardynał wezwał go, by za nim powtarzał słowa przysięgi, palnął: Z panną Maryną ja mam mówić, a nie z Waszmością! Potem długo wzbraniał się dotknąć dłoni przyszłej carycy, tłumacząc, że nie jest tego godzien. Ale absolutne zdumienie gości wzbudził dopiero teraz. Aby nie umknęła mu okazja, jeszcze przed wyjściem króla wyjął sto czerwonych złotych i na pniu kupił jedwabny kobierzec, który dostrzegł pod ołtarzem. Dalej było już tylko gorzej. Podczas uczty weselnej królowi Zygmuntowi, który martwił się, że nic nie je, odburknął, że głodny nie jest. Ukradkiem jednak posypywał sól na pajdę i wcinał chleb półgębkiem.
Na koniec odbyły się tańce i wznoszenie toastów. Dla niektórych gości okazało się to zbyt mocne przeżycie. Pijani u stołu barzo plugawie jedli, garściami z mis biorąc – pisał naoczny świadek. Ale nie tylko oni narobili wstydu. Z wesela ruski orszak wracał, klnąc na czym świat stoi, gdyż łotrostwo nasze [czyli polskie] kołpaki marmurkowe i jarmułki dwie perłowe im ukradło. I gdy już zanosiło się na mordobicie – podobno ludzie Własiewa aż rwali się do bójki – ten zabronił wszczynania awantur, za nic mając międzynarodową tradycję. Tak zakończył się ślub, który otworzył Polakom bramy Kremla.
Nie ma co pisać, jak zakończyła się ta historia. Na tyle smutno, że Rosjanie do dziś początek wieku XVII wielką smutą nazywają. A przecież można weselej. Od przyszłego roku na listopadowe walentynki do Krakowa należałoby zaprosić rosyjskiego ambasadora. Może poprawi to stosunki międzypaństwowe. Choćby per procura.

 



KALENDARIUM | DYSKUSJA | ARCHIWUM | KSIĘGARNIA

© 2001 Dom Wydawniczy BELLONA