Logo MW Logo portalu
GŁÓWNA STRONA

MÓWIĄ WIEKI
Telegraf historyczny
Rozmowy MW
Czas przeszły i zaprzeszły
Wojenko, wojenko
Historyczna Agencja Turystyczna
Okruchy historyczne
Klasyka eseju historycznego
Parada warchołów
Kobiety w purpurze
Na udeptanej ziemi
Wernisaż historyczny
Powieści, powieścidła
Celuloidowe dzieje
Szkolna Liga Historyczna
Komputer i historia
Recenzje
Z księgarni
Od redakcji
Edukacja
Konkursy
Zawód: historyk
Polemika
Archeologia PRL
Reportaż historyczny
Historia na pocztówce
Historia w karykaturze
Koszulka Dejaniry
Bogowie wojny
Plotki z brodą
Skarpeta pielgrzyma
Wydarzenie wydawnicze
W krainie czarów
Historia w internecie
Szkoła główna handlowa w Warszawie 1906-2006
Ludzie, którzy zmienili świat
Polska po zamachu majowym
51. Międzynarodowe Targi Książki w Warszawie
W Tarnowie i Galicji - Rozmowy MW
W Tarnowie i Galicji - Czas przeszły i zaprzeszły
W Tarnowie i Galicji - Wojenko, wojenko
W Tarnowie i Galicji - Bogowie wojny
W Tarnowie i Galicji
Kliomatograf
Polski rok 1956
Kroniki rycerskie
Bielsko-Biała - miasto i ludzie
Wojna na pustyni 1940-1943
Skierniewice - miasto i ludzie
Renesansowe opowieści
Kraków - znaki miasta
Kraków - mistrzowie dawni
Kraków - miasto i przestrzeń
Smaki Krakowa
Sławne muzea
Nadzieje i niepokoje
Dał nam przykład Bonaparte
Wernisaż historyczny
Na salonach i ulicach
Z przymrużeniem oka
Władysław Anders - żołnierz i polityk
Dawno, dawno temu
U stóp klasztoru
Ludzie i idee
Czasy wielkich przemian
W walce o niepodległą
Radom - narodziny miasta
Radom - arena wielkich wydarzeń
Radom - czas modernizacji i walki
Elbląg - zanim powstało miasto
Elbląg krzyżacki
Elbląg - czas prosperity
Elbląg - w cieniu polityki i wojny
Elbląg - Historyczna Agencja Turystyczna
Pożegnania
Świt Kozaczyzny
Państwo Kozaków
Rozwód z Rzecząpospolitą
W XX wieku
Podręcznikowy Trójkąt Weimarski
Święto Niepodległości
Na dzień Wszystkich Świętych
200. rocznica bitwy raszyńskiej
180 lat polskiego banku centralnego
Sandomierz - miasto i ludzie
Sandomierskie pradzieje
W walce z poganami
W obronie złotej wolności
Wojenne zawieruchy
Odkrywanie Sandomierza
Sandomierz muzealny
Sandomierz nowożytny
Polski rok 1989
Komentarz do podręcznika
Wrzesień 1939 - Rozmowy "Mówią wieki"
Wrzesień 1939 - Próba oceny
Wrzesień 1939 - Oczami świadka
Wrzesień 1939 - Wojna po niemiecku
Wrzesień 1939 - Arsenał
Wrzesień 1939 - Agencja turystyczna
Historie tatrzańskie
Zbrodnia katyńska po 70 latach
Znaczki z historią
Narodziny Węgier
Pod berłem Habsburgów
W cieniu Trianon
Socjalizm po węgiersku
Madziarska Agencja Turystyczna
Tradycje muzyczne
Grunwald - dogrywka
Polski pieniądz przez wieki


REDAKCJA
ARCHIWUM
REKLAMA
PRENUMERATA


Czas przeszły i zaprzeszły
$GAZETANAZWA[$row[id_gazetanazwa]]
MARATON 490 P.N.E. GARŚĆ UWAG POLSKIEGO HISTORYKA TECHNIKI
Bolesław Orłowski

W polskiej tradycji patriotycznej zwycięstwo Greków nad Persami pod Maratonem było ważnym symbolem, podbudowującym praktyczny sens działania zgodnego z zasadami nawet w sytuacjach pozornie beznadziejnych. Dowodziło, że skrajna determinacja może okazać się receptą na sukces. Przykładem zwycięstwo nad bolszewikami. W  wyśmienitym, przedwojennym podręczniku gimnazjalnym Mówią wieki wątki antyczne przeplatały się z patriotycznymi, a klamrą spinającą tę mieszankę był wiersz Kornela Ujejskiego Maraton, którego kolejne roczniki uczniów uczyło się na pamięć.

 

Jednak samym morale nie pokona się przeważających sił wroga. Potrzebny jest także pomyślny splot okoliczności. Tak było w roku 1920 i tak oczywiście było pod Maratonem. Na sprzyjające Grekom techniczno-logistyczne aspekty tej ostatniej bitwy zwraca uwagę L. Sprague de Camp w książce Wielcy i mali twórcy cywilizacji, którą miałem przyjemność parędziesiąt lat temu przełożyć na język polski i która doczekała się u nas paru wydań. Pisze on:

Persowie wylądowali w pobliżu Maratonu, po przeciwległej stronie trójkątnego Półwyspu Attyckiego, w odległości niespełna 30 km na północny wschód od Aten. Ateńczycy pomaszerowali na ich spotkanie z wielką obawą [...]; fama zresztą głosiła, że Persowie są niezwyciężeni, a obiecana przez Spartę pomoc jeszcze nie nadeszła.

W tej sytuacji los i technika okazały się przychylne dla Ateńczyków. Siła Persów polegała przede wszystkim na pieszych łucznikach i kawalerii.. [...] Kowale greccy wyposażyli już swą ciężką piechotę, czyli hoplitów, w pełną zbroję nowego typu. Składał się na nią brązowy hełm z pióropuszem z końskiego włosia i osłonami zabezpieczającymi nos, policzki i szyję, brązowy pancerz dopasowany ściśle do wymiarów tułowia, krótka spódniczka z rzemieni usiana brązowymi guzami, brązowe nagolenniki oraz okrągła tarcza o średnicy około 1 m, sporządzona z drewna i skóry i powleczona cienką warstwą brązu. Podstawową bronią zaczepną greckiego hoplity była włócznia. Krótkiego, szerokiego miecza używał on tylko wtedy, kiedy złamał lub w inny sposób stracił swą włócznię..

Persowie nie posiadali tak pełnego uzbrojenia ochronnego. Później, za czasów Kserksesa, zaczęli zaopatrywać swoją ciężką kawalerię w kolczugi z żelaznych łusek. Mało jest jednak prawdopodobne, aby jacyś żołnierze Dariusza byli wyekwipowani w ten sposób. Większość z nich była zapewne ubrana w jednakowe kapelusze, kaftany i spodnie oraz uzbrojona we włócznie i tarcze.

Grecy przewyższali również znacznie inne ówczesne ludy, jeśli chodzi o musztrę piechoty. Zamiast pędzić do bitwy bezładnym tłumem, w którym każda grupa wojowników podążała za swym wodzem, Grecy nauczyli się maszerować w szeregach i dwuszeregach w takt muzyki fletów. Dzięki umiejętności utrzymywania równych szyków grecki oddział stanowił zwarty mur tarcz najeżony kopiami.

Kiedy Ateńczycy natarli, łucznicy perscy wyrzucili setki strzał. Grecy szli jednak wytrwale naprzód, a strzały odbijały się od ich brązowych zbroi. Następnie ruszyli biegiem do ataku. W bezpośrednim starciu uzyskali zdecydowaną przewagę nad swymi nieopancerzonymi wrogami.

 

PERSJA - IMPERIUM HYDRAULICZNE

Bój Greków z Persami był starciem odmiennych systemów politycznych i tylko nieznacznie różniących się poziomów cywilizacyjno-technicznych. Intelektualna przewaga Greków do rozwiązywania problemów praktycznych nad wschodnim nie była wtedy aż tak wyraźna (w pełni dojdzie do tego dopiero w epoce hellenistycznej). Perska organizacja państwowa naśladowała najdawniejsze monarchie starożytnego Wschodu, które ukształtowały się w postaci absolutystycznej, by sprostać wyzwaniom związanym z kontrolowaniem żywiołu wodnego w urodzajnych dolinach wielkich rzek – Nilu, Eufratu i Tygrysu. Był to problem kluczowy na wczesnym etapie rozwoju społeczeństwa rolniczego. Jego pomyślność zależała od tego, by wody było dość ze względu na plony, ale nie za dużo, gdyż groziło utratą nie tylko zbiorów, lecz także dobytku. Dlatego już od zarania cywilizacji prowadzono prace hydrotechniczne, tworząc system kanałów, tam i grobli. Działał on tym lepiej, im bardziej był skoordynowany i im większy obszar obejmował.

Właśnie z potrzeby jednolitego kierowania tą dziedziną narodziły się pierwsze państwa. Ponieważ w przypadku powodzi władza musiała mieć możliwość wyegzekwowania natychmiastowej mobilizacji wszystkich zdolnych do pracy, dano jej uprawnienia absolutne. Historycy techniki nazywają owe pierwsze państwa imperiami hydraulicznymi. Mając absolutną władzę panujący mogli przeprowadzać rozmaite wielkie przedsięwzięcia techniczne (np. budowy piramid), a to dzięki dobrze zorganizowanej przymusowej pracy wielu tysięcy ludzi. Amerykański historyk Lewis Mumford nazywa to „posługiwaniem się machiną ludzką” i upatruje w tym zaczątków systemu totalitarnego. Jest wszakże istotna różnica. Starożytni stosowali przymus w skali masowej jako jedyną wówczas skuteczną metodę realizacji wielkich przedsięwzięć. Wymagało to, rzecz jasna, bezwzględnej dyscypliny, co musiało pociągać za sobą ofiary. Nie było to metodą celowego wyniszczania ludzi, których starożytni władcy uważali za swój żywy inwentarz i bogactwo.

 


 
Czas przeszły i zaprzeszły
$GAZETANAZWA[$row[id_gazetanazwa]]
ZAMACH W SARAJEWIE
Krzysztof Karolczak

 

                „A to nam zabili Ferdynanda...” Któż nie zna tych słów, od których rozpoczyna sie sławna powieść Jaroslava Haąka „Przygody dobrego wojaka Szwejka”? Na dodatek we wszystkich podręcznikach szkolnych zawsze czytamy, że początkiem Wielkiej Wojny, (ba − przyczyną!) było wydarzenie z 28 czerwca 1914 roku − zamach na następcę cesarsko-królewskiego tronu, arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Rzecz jasna teza ta jest nie do obronienia w świetle prawdy historycznej, ale jakże atrakcyjna propagandowo!

 

                28 czerwca 1914 roku był ciepły i bezchmurny. Na trasę przejazdu przybywającego z wizytą do stolicy Bośni arcyksięcia wyległy tłumy. Wśród nich było siedmiu członków serbskiej konspiracyjnej organizacji „Czarna Ręka”, którzy postanowili wykorzystać tę wizytę do przeprowadzenia zamachu na arcyksięcia. Byli to Danilo Ilić, Muhamed Mehmedbasić, Vaso Cubrilović, Nedeljko Cabrinović, Gavrilo Princip, Cvetko Popović, Trifko Grabez. Arcyksiążę zjechał do Sarajewa wraz z małżonką, księżną Hohenberg, po zakończeniu wizytacji manewrów wojsk austriackich w Bośni. Same manewry odebrane zostały jako militarna demonstracja wobec wrogiej Serbii, zaś termin wizyty (choć jak się wydaje wybrany raczej przypadkowo) okazał się dodatkową zniewagą dla Serbów. Zbiegał się bowiem z rocznicą bitwy na Kosowym Polu w 1389 roku, po której to Serbia popadła w wielowiekową niewolę turecką. Nie można zapominać, że w 1914 roku Serbowie stanowili znaczący odsetek ludności Bośni. Miejscowe władze wykazały jednak daleko idącą krótkowzroczność (by nie rzec głupotę) przygotowując wizytę akurat tego dnia. Pomimo tego, iż raporty policyjne ciągle ostrzegały przed działalnością wywrotową przeciwników monarchii habsburskiej (z tego powodu cztery lata wcześniej, podczas wizyty cesarza Franciszka Józefa, zastosowano nadzwyczajne środki ostrożności i spiskowcy musieli odstąpić od planów zamachu na niego), nie uczyniono prawie nic, by zagwarantować bezpieczeństwo następcy tronu. Na dodatek sytuację komplikował fakt skłócenia ze sobą władz wojskowych i cywilnych (chodziło tak o spory kompetencyjne, ale i o zwykłe ludzkie zawiści i ambicje). Faktem było jednak to, że nad całym zabezpieczeniem pobytu arcyksięcia miało czuwać tylko 112 miejscowych policjantów. Tuż przed wizytą Franciszka Ferdynanda otrzymali wsparcie w postaci... czterech budapesztańskich i dwóch wiedeńskich detektywów, którzy zresztą nie władali językiem serbsko-chorwackim. W związku z tym porządku na ulicach podczas przejazdu arcyksięcia mieli pilnować rozstawieni co sto metrów (sic!) policjanci, zwróceni twarzami w stronę publiczności. Zapewne najbardziej cieszyło to sarajewskich przestępców, bo w ten sposób bezpieczeństwo reszty całego miasta pozostawiono na łasce Opatrzności.

                Tego feralnego dla Franciszka Ferdynanda i całej Europy niedzielnego poranka, punktualnie o 10.05, przed bramą warownego obozu armii austriackiej w Sarajewie zatrzymał się pociąg wiozący dostojnych gości wraz z osobami towarzyszącymi: szefem rządu bośniackiego gen. Potiorkiem, szefem jego sztabu hrabią Merizzi, szefem austriackiego ochotniczego korpusu samochodowego hrabią Harrachem, członkiem tegoż korpusu hrabią Boos-Waldeckiem, ochmistrzem baronem Rummerskirschem i towarzyszącą księżnej-małżonce hrabiną von Chotek. Resztę świty stanowili trzej oficerowie kancelarii arcyksiążęcej, zastępca szefa biura prezydialnego dr Starch, szambelan służbowy baron Morsey i wreszcie adiutant przydzielony z garnizonu sarajewskiego, kpt Pilz. Gości powitała delegacja władz miejskich z komisarzem rządu dla Sarajewa, dr Gerde i prezydentem miasta, Fehim effendim Curcićiem. Oficjalne uroczystości przewidziano jednak na później, w  ratuszu, do którego wkrótce udała się złożona z sześciu samochodów kolumna pojazdów. W trzecim samochodzie w kolejności jechała para arcyksiążęca, której towarzyszyli generał Potiorek i hrabia Harrach (samochód był prywatną własnością tego ostatniego − Franciszek Ferdynand był znany ze swego skąpstwa i w czasie podróży wolał korzystać z samochodów swoich podwładnych, niż opłacać drogi transport własnych), a miejsce obok kierowcy zajął strzelec przyboczny.

                Kawalkada ruszyła trasą ustaloną w oficjalnym programie i podaną do publicznej wiadomości w gazetach kilka dni wcześniej. Zaapelowano także o odpowiednie ozdobienie domów na powitanie następcy tronu. Przed nowo wybudowanym gmachem poczty samochody zatrzymały się na chwilę, by po odebraniu meldunku od prezesa dyrekcji poczt i telegrafów niezwłocznie ruszyć dalej ku swemu przeznaczeniu. Los był, przynajmniej na razie, łaskawy dla arcyksięcia. Pierwszy zamachowiec, Muhamed Mehmedbasić, zagapił się. Zanim sie zorientował w którym samochodzie jedzie Franciszek Ferdynand, ten już go minął. Drugiemu, Vaso Cubrilovićowi, przed naciśnięciem spustu browninga zadrżała ręka, bo oto zauważył u boku arcyksięcia kobietę (prasa przemilczała fakt przybycia księżnej Hohenberg) i obawiał się, że mógłby i ją przypadkiem ranić. Dopiero trzeci zamachowiec, Nadeljko Cabrinović, stanął na wysokości zadania. Dowiedziawszy się wcześniej (od policjanta!), w którym samochodzie jedzie arcyksiążę, w odpowiedniej chwili uderzył zapalnikiem bomby w słup lampy ulicznej i celnym rzutem posłał ją ku nadjeżdżającemu samochodowi. Był to jednak stary typ granatu, który wybuchał dopiero w trzynaście sekund od chwili rozbicia zapalnika. I choć upadł on na złożony płócienny dach auta wiozącego parę arcyksiążęcą, te kilkanaście sekund wystarczyło, by Franciszek Ferdynand własnoręcznie odrzucił go do tyłu. Tyle, że zrobił to tak niefortunnie, iż pod same koła czwartego wozu, pod którym granat wybuchł, raniąc jadących nim pułkownika barona Merizzi i hrabiego Boos-Waldecka, a przy okazji jeszcze kilku gapiów. Nieuszkodzone samochody szybko odjechały pod ratusz, tak, że reszta spiskowców nawet nie miała szansy, by naprawić błąd swoich towarzyszy. Dodatkowe zamieszanie spowodował Cabrinović − po rzucie granatem, rzucił się do ucieczki w kierunki rzeki i choć jednocześnie połknął przeznaczoną dla siebie dawkę cyjankali (podwójną!), to ta, zwietrzała ze starości, nie zadziałała i ścigającym go czterem świadkom zdarzenia (policjantowi, detektywowi, agentowi wojskowemu i przygodnemu widzowi), udało się go ująć. W tym miejscu można byłoby sądzić, że zamach się nie udał!


 
Czas przeszły i zaprzeszły
$GAZETANAZWA[$row[id_gazetanazwa]]
KRÓTKA HISTORIA CISA (NIE)POSPOLITEGO
Rafał Jaworski

Gdy wakacyjna wędrówka zaprowadzi w południowo-zachodnie rejony Polski, to warto odwiedzić Henryków Lubański, wieś położoną niedaleko Lubania, tuż przy granicy z Niemcami. Tu, przy kościele, od ponad dwunastu stuleci stoi niemy (lecz żywy) świadek historii – cis zwany henrykowskim.

           

 

Wiek tego niezwykłego pomnika przyrody specjaliści datują na około 1250 lat. Dla porównania Bartek, słynny dąb szypułkowy rosnący w województwie świętokrzyskim jest o połowę młodszy – ma „zaledwie” 650 lat. Rekordowy wiek czyni z henrykowskiego cisa nie tylko najstarsze drzewo, ale również najstarszy żywy organizm w Polsce. By uświadomić sobie jego długowieczność wystarczy przypomnieć, że cis miał już 200 lat, gdy Mieszko I przyjmował chrzest.

            Daleko jednak polskiemu cisowi do jego brytyjskich kuzynów. Cis jest gatunkiem wyjątkowo długowiecznym. Przyjmuje się, że najstarszym na świecie żywym egzemplarzem tego gatunku jest Llangernyw Yew, rosnący na cmentarzu przy kościele świętego Dygaina w północnowalijskiej wiosce LIangernyw. Dendrolodzy szacują, że drzewo to może mieć od czterech do pięciu tysięcy lat. Jest zatem najstarszym żywym organizmem w Europie i jednym z najstarszych na Ziemi. Równie wiekowy jest Fortingall Yew, rosnący w Szkocji w miejscowości Fortingall. Rośnie on na dziedzińcu kościelnym. Jego monstrualny (ok. 1600 cm obwodu) pień jest spróchniały. Uniemożliwia to dokładne ustalenie jego wieku. Szacuje się, że liczy sobie co najmniej 3 tys. lat. Jego wiek oraz rozmiary sprawiają, że samo drzewo, jak też miejscowość stały się tematem wielu legend i mitów. Jeden z nich głosi, że w Fortilngall przyszedł na świat Poncjusz Piłat i bawił się w cieniu cisa.

Cis zajmował szczególne miejsce w wierzeniach ludów celtyckich i germańskich. Wierzono, że drzewo to chroni przed śmiercią i demonami. Z ich drewna wykonywano przedmioty służące do sprawowania praktyk magicznych. Najstarsze na Wyspach Brytyjskich cisy często rosną nieopodal kościołów wzniesionych na miejscu dawnych świątyń pogańskich. Po drugiej stronie kanału, w Normandii, w dwóch miejscowościach (La Lande-Patry i La Haye-de-Routot) w olbrzymich cisach, pamiętających jeszcze czasy przedchrześcijańskie, umieszczono kaplice.

           Również Słowianie sięgali po cisowe drewno do celów sakralnych. Przykładem jest tzw. Światowid (Świętowid) z Wolina. Ta mała, zaledwie sześciocentymetrowa, figurka, jest datowana na IX lub X wiek. Była prawdopodobniej przedmiotem kultu domowego. Relikty wiary w magiczną rolę cisa znaleźć można we współczesnej ludowej obrzędowości, np. w Tatrach oraz na Podhalu gałązki cisa wplatano do palm wielkanocnych.

Drzewo żelazne

We współczesnym polskim krajobrazie trudno wypatrzeć to smukłe, wiecznie zielone drzewo iglaste o pięknych czerwonych owocach. Przetrwało jedynie w nielicznych rezerwatach i ostojach. Możemy je również zobaczyć w „sztucznym środowisku” – posadzone ręką człowieka w arboretach i parkach. Szkoda. Cisy są bowiem nie tylko pomnikami przyrody, ale również pomnikami historii. By dotrwać do tak sędziwego wieku, cisy musiały zmagać się z wieloma zagrożeniami, z których największą był (i jest) człowiek.

Cis pospolity ma drewno o niezwykłym wiśniowym kolorze, a przy tym niezwykle twarde. To sprawiło, że chętnie sięgano po nie w rzemiośle i przemyśle. Cis nazywano „drzewem żelaznym”, ponieważ twardością przypominał żelazo, a przy tym nie poddaje się łatwo biologicznej korozji − jest mało podatne na próchnienie i pleśnie, grzyby czy owadzie szkodniki. Dlatego w średniowieczu i epoce nowożytnej chętnie budowano z niego koła zębate, osie wozów czy elementy konstrukcyjne budowli. 

 Nie przypadkiem najstarszym znanym z wykopalisk drewnianym przedmiotem wykonanym ręką człowieka jest właśnie cisowa włócznia, znaleziona w 1911 roku w angielskim Claton-on-Sea nad Morzem Północnym. Jej wiek szacuje się na około 45 tys. lat. Twarde, a jednocześnie sprężyste cisowe drewno często wykorzystywano do produkcji broni. Od tysięcy lat w Europie używano cisowych  noży, a w wiekach średnich z cisa produkowano min. drzewce do halabard i toporów. Oprócz włóczni z cisowego drewna robiono łuki i kusze. Nie przypadkiem łacińska nazwa cisa pospolitego, Taxus baccata, oznacza „łuk mający jagody”. Podobnie w języku germańskim – słowo iwa  oznacza jednocześnie „cis” jak i „łuk”.

Wspomniane cisowe „jagody”, czyli charakterystyczne czerwone owoce cisa, również znalazły zastosowanie militarne. Otóż kryjące się pod czerwoną osłonką nasiona (podobnie jak kora, drewno i igły) kryją w sobie takstynę. To alkaloid o bardzo silnych w właściwościach toksycznych. Uszkadza nerki i wątrobę, a przede wszystkim poraża ośrodek oddechowy. Niewiele jej trzeba, aby zabić człowieka. Dlatego trucizną uzyskaną z cisa smarowano groty strzał. Jedyną jadalną częścią tego drzewa jest czerwona osłonka nasienia. Co ciekawe, ususzone cisowe igły są bardziej toksyczne niż świeże. W Wojnie galijskiej Juliusz Cezar pisze, że kiedy Rzymianie pokonali galijskich Eburonów, ich król Katywulkus otruł się sokiem cisowym. Również współcześnie po wywar lub sok cisowy sięgają samobójcy i... autorzy pieści kryminalnych (np. sama Agatha Christie w opowiadaniu Kieszeń pełna żyta).

Dzięki tej toksyczności oraz twardości drewna cisy z powodzeniem opierały się faunie, której ofiarami stają się mniej odporne gatunki drzew. Jednocześnie jednak cechy te zwróciły na cisa uwagę największego destruktora świata przyrody – człowieka.  Zaczął on na potęgę wycinać lasy cisowe, by uzyskać cenny surowiec. Ponieważ cis jest drzewem rosnącym bardzo powoli, już u schyłku średniowiecza (szczególne na zachodzie Europy) praktycznie go całkowicie wycięto. Odnowieniu drzewostanu nie sprzyjała jego toksyczność. Jeśli pasterz zobaczył rosnące cisowe drzewko, to usuwał je bez zastanowienia, aby zwierzęta się nim nie zatruły. Podobnie działo się w pobliżu ludzkich siedlisk. Czerwona jagoda czy wiecznie zielone igliwie mogło skusić konia lub krowę, albo – co gorsza –  dziecko. Paradoksalnie więc drzewo to było jednym z najbardziej cenionych a jednocześnie najbardziej tępionych. 


 
Czas przeszły i zaprzeszły
$GAZETANAZWA[$row[id_gazetanazwa]]
FACECI W BROKACIE
Konrad Godlewski
Chińska dynastia Ming nie tylko przegnała z Chin spadkobierców Czyngis-Chana, odbudowała Wielki Mur i zorganizowała największe wyprawy morskie przed Kolumbem. Mingowie stworzyli także jedną z najskuteczniejszych i najbardziej bezwzględnych służb specjalnych w historii.

 
Czas przeszły i zaprzeszły
$GAZETANAZWA[$row[id_gazetanazwa]]
JULIEN BRYAN – ŚWIADEK OBLĘŻENIA WARSZAWY
Jacek Zygmunt Sawicki
Nie było formalnego wypowiedzenia wojny. Rozpoczęły ją strzały pancernika „Schlezwig-Holstein”. Celem była polska składnica wojskowa na Westerplatte w Wolnym Mieście Gdańsku. To symbol tej wojny. Niewielki garnizon liczący 182 oficerów i żołnierzy bronił się w osamotnieniu bohatersko, uparcie, dłużej, niż tego od niego oczekiwano. Powtarzana przez siedem dni i nocy przez Polskie Radio wiadomość: Westerplatte broni się nadal krzepiła obrońców w całym kraju, dawała przykład, mobilizowała do walki.

 
Czas przeszły i zaprzeszły
$GAZETANAZWA[$row[id_gazetanazwa]]
WSCHÓD – ZACHÓD. ODBUDOWA CENTRUM WARSZAWY
Andrzej Skalimowski
1947, trzeci rok odbudowy Warszawy. Na Wiśle stoi już podniesiony z dna most Poniatowskiego, Nowy Świat zastawiony jest rusztowaniami, a Biuro Odbudowy Stolicy ustala wytyczne planu urbanistycznego. Jedną z najważniejszych koncepcji, a zarazem najpilniejszą potrzebą, jest otwarcie strategicznej arterii przelotowej wschód − zachód.

 


 
Czas przeszły i zaprzeszły
$GAZETANAZWA[$row[id_gazetanazwa]]
JEDEN DZIEŃ SIERPNIA ’80
Krzysztof Mika
Od opisanych wydarzeń minęło 30 lat i wszyscy już wszystko zrozumieli, ocenili bądź ocenią, ubarwią lub odbiorą kolory, uczynią je czarnym albo białym. Rocznice prowokują. Zrobią to z łatwością, mądrzejsi o 30 lat i świadomość skutków. Ja wtedy nie wiedziałem nic z tego, co wiem dzisiaj.   

 
Czas przeszły i zaprzeszły
$GAZETANAZWA[$row[id_gazetanazwa]]
MIĘDZY HARACZEM A PODARKIEM. ROLA UPOMINKÓW W STOSUNKACH ROSYJSKO-NOGAJSKICH W XVI WIEKU
Maksym Moisjejew

Upadek Złotej Ordy doprowadził do pojawienia się na mapie politycznej nowych państw mongolsko-tatarskich. W pierwszej połowie XV wieku wyodrębniły się chanaty krymski i kazański, a w latach sześćdziesiątych tego stulecia chanat astrachański. Innym typowym przykładem państwa koczowniczo-osiadłego powstałego na gruzach Złotej Ordy była Orda Nogajska. 

 

Od pozostałych krajów tatarskich różnił państwo Nogajów system władzy. Ich chanowie nie byli spokrewnienie z Czyngis-chanem, lecz wywodzili się od Edygeja, najwybitniejszego dowódcy Timura. Po usunięciu chana złotoordyńskiego Tochtamysza w końcu XV wieku przejął on najpierw jego władztwo, a następnie oddzielił się i utworzył swój chanat. To spowodowało, że Orda Nogajska nie mogła pretendować do równorzędnej pozycji wobec pozostałych państw postmongolskiego świata, a jej władcy nie byli traktowani jak polityczni partnerzy. Chanowie krymscy nazywali nogajskich bijów (książąt) karaczi, tj. sługami.

Ze względu na status obu państw jeszcze osobliwiej wyglądały stosunki nogajsko-moskiewskie. Według złotoordyńskiej tradycji, która precyzyjnie określała hierarchię rodowo-urzędniczą i zależności elit mongolsko-tatarskich i ruskich, władcy Ordy Nogajskiej byli równi wielkim książętom moskiewskim. Jednakże w 1490 roku nogajscy arystokraci odrzucili tę zasadę i uznali, że władca moskiewski ma niższą rangę od ich chana. Na takie dictum moskiewska dyplomacja zareagowała stanowczo, degradując Ordę Nogajską do rangi państwa drugorzędnego zarówno w stosunkach dwustronnych, jak i wobec pozostałych chanatów tatarskich.

Umacnianie regionalnej pozycji wielkiego księstwa moskiewskiego sprawiło, że władcy moskiewscy w kontaktach z Nogajcami nie widzieli potrzeby rozwijania etykiety dyplomatycznej. Obie strony ograniczały też znaczenie i prawa posłów drugiej strony. Utrudniano działanie misjom dyplomatycznym, wykorzystywano wszelkie preteksty do obniżenia powagi i prestiżu strony przysyłającej poselstwo, nie stroniono od złośliwości. A wszystko po to, aby osiągnąć przewagę polityczną i psychologiczną przed negocjacjami i w ich trakcie.

 

PODARKOWA DYPLOMACJA

Świetnie pokazują niuanse tej gry dyplomatycznej wręczane przez poselstwa upominki. Były one uzależnione od wzajemnych relacji państw Europy Wschodniej ze spadkobiercami Złotej Ordy. Polski historyk Hieronim Grala zwrócił uwagę, że państwo moskiewskie wskutek silnych wpływów wschodniej, azjatyckiej, obyczajowości uważało dary poselskie za niezwykle ważny element procedury dyplomatycznej. Natomiast dyplomaci środkowo- i zachodnioeuropejscy traktowali je na ogół jako anachronizm. Problem kwalifikacji upominków (jako stałego elementu ceremoniału  dyplomatycznego) dla władców tatarskich był obecny również w kontaktach moskiewsko-litewskich. Litwini uważali, że Moskwicini w ten sposób płacą haracz, a więc uznają zwierzchność tatarską. Ci nie zgadzali się z taką interpretacją, ale sami uznawali za haracz litewskie podarki dla Tatarów. Stepowym władcom było to na rękę i z lubością wykorzystywali rozbieżności między Litwinami a Moskwą, aby wzmocnić swą pozycję polityczną. Chanowie tatarscy byli jednak zainteresowani podarkami nie tylko dla podtrzymywania prestiżu. Istotną rolę odgrywał też walor ekonomiczny.

Duży wpływ na rynki wewnętrzne państw tatarskich, które w znikomym stopniu opierały się na produkcji rodzimej (profity czerpano przede wszystkim z najazdów na państwa sąsiednie przynoszących łupy i brańców), miały dochody z wymiany handlowej z zagranicą oraz import. Ponieważ potrzeby stepowej arystokracji i aparatu biurokratycznego stale rosły, kwestia podarków stała się bardzo ważnym czynnikiem kształtującym politykę zagraniczną państw tatarskich, który wielokrotnie decydował o ich stosunkach z wielkim księstwem moskiewskim i Litwą. Charakter i ilość darów często decydowały o przebiegu negocjacji.

Z powodu dużej wartości i unikatowości były one skrupulatnie ewidencjonowane przez stronę wysyłającą. W państwie moskiewskim zajmowali się tym urzędnicy Dworu Skarbowego, którzy prowadzili buchalterię w specjalnych księgach. Podarki najwcześniej sformalizowano w kontaktach dyplomatycznych z chanatem krymskim. W krymskiej terminologii rozróżniano kolejność i nazwy darów poselskich w zależności od adresata, np. podarek dla chana nazywano bolek. Po nim szły prezenty dla kałgi, sułtanów, ołganów, bijów i seidów. Czyngizydzi mieli ponadto wyłączne prawo otrzymywania diewjatnych pominok, czyli dodatkowych upominków, odpowiadających ilościowo lub wartościowo jednej dziewiątej darów, które otrzymali pozostali dostojnicy i urzędnicy tatarscy.

Prawo otrzymywania podarków było w chanacie krymskim dziedziczne. W tym celu na dworze chańskim prowadzone były specjalne rejestry. Aby się znaleźć w gronie obdarowywanych, trzeba było złożyć chanowi przysiegę. Podobnie w procedurze moskiewskiej wciągnięcie do wspomnianego rejestru uzależniano od złożenia aktu wierności. Dlatego spisy przysięgłych były podstawą uaktualnianych „rejestrów podarkowych”. W kancelarii krymskiej ta praktyka prawdopodobnie została zapożyczona z Turcji.

Procedura wyglądała tak, że administracja moskiewska sporządzała i uaktualniała rejestry przeznaczonych do obdarowania arystokratów i urzędników tatarskich na podstawie informacji dostarczanych przez dyplomatów swoich i tatarskich. Taki mechanizm działał też w drugą stronę. Tego rodzaju dokumenty w rosyjsko-krymskiej korespondencji dyplomatycznej pojawiają się w czasie rządów chana Saadet Gireja, który przez dłuższy czas przebywał w Turcji i przejął tureckie  obyczaje.  


 
Czas przeszły i zaprzeszły
$GAZETANAZWA[$row[id_gazetanazwa]]
HISTORIA JEDNEGO SZTANDARU
Michał Mackiewicz

Wśród ponad 250 tysięcy obiektów zgromadzonych w zbiorach Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie, wiele ma wartość absolutnie bezcenną. Należą do nich pamiątki związane z konkretnymi wydarzeniami lub osobami, zabytki, które z mniejszą albo większą dokładnością i precyzją umiejscowić możemy w kontekście zdarzeniowym i chronologicznym naszej historii. Miejsce szczególne zajmują trofea wojenne, stanowiące symboliczne świadectwo naszych przewag i zwycięstw na polu walki. To przede wszystkim bojowe znaki, czyli chorągwie, sztandary, buńczuki, flagi, bandery i proporce, ale także dystynkcje wodzowskie i oficerskie, oznaki i odznaczenia, jak również broń i wyposażenie wojenne. Bardzo ciekawy i stosunkowo liczny zbiór tworzą militaria zdobyte przez Polaków na Armii Czerwonej w wojnie 1919-1920, w tym pułkowy sztandar – jedyny zachowany w polskich zbiorach.

 


 
Czas przeszły i zaprzeszły
$GAZETANAZWA[$row[id_gazetanazwa]]
OD KONSERWACJI DO WDOWICH KAS. POCZĄTKI SYSTEMU UBEZPIECZEŃ SPOŁECZNYCH
Maciej Ptaszyński

Ciężar starości, chorób i wycieńczenia pracą spadł na człowieka wraz z grzechem pierworodnym i wygnaniem z raju. Problem ten dotykał ludzi w nierównym stopniu. Szlachta, kupcy, rzemieślnicy i bogaci chłopi mogli opłacić opiekę lub liczyć na rodzinę. W Skandynawii już w późnym średniowieczu chłopi spisywali kontrakty z potomkami, którzy w zamian za prawo do ziemi zobowiązani byli utrzymywać „emeryta”. Ustne umowy „na dożywocie” były zapewne powszechne w całej Europie.

 

Gorszy los czekał ludzi ubogich. Mogli liczyć tylko na dobroczynność bliźnich. Troska o osoby niezdolne do pracy przed nastaniem Wieku Świateł należała głównie do Kościoła, rzadziej do świeckich. Bez pomocy ludzie ci byli skazani na żebractwo, a życie o proszonym chlebie stawało się u schyłku średniowiecza coraz trudniejsze.

Wśród tez ogłoszonych przez Marcina Lutra w Wittenberdze w 1517 roku znalazło się zdanie: Należy nauczać chrześcijan, że jeżeli nie są nadmiernie bogaci, powinni zachować grosz oszczędzony na potrzeby domowe, a nie marnować go na zakupienie odpustu. Pochwała oszczędności i gospodarności wpleciona do rozważań na temat odpustów, pokuty i władzy papieża zwiastowała, że za reformą religijną pójść mogą także przemiany w innych sferach.

 

„PORZĄDKI” LUTRA I BURGENHAGENA

W następnych latach, obok refleksji teologicznej, Luter rozwijał koncepcję porządku społecznego, obowiązków władzy świeckiej i etyki gospodarczej. Z jego inspiracji w 1520 roku w Wittenberdze przyjęto ustawę regulującą finanse miejskie, a także dysponowanie środkami należącymi do gminy luterańskiej. Z kasy gminnej miano utrzymywać pracowników Kościoła oraz potrzebujących, którym zakazano żebrania na ulicach. Kasa gromadziła pieniądze, obracała nimi i szybko okazała się rentownym przedsięwzięciem.

Na północy Rzeszy wzorzec ten rozpropagował współpracownik Lutra, nauczyciel z Pomorza Jan Bugenhagen. Przybył on w 1523 roku do Wittenbergi, odwiedzał liczne miasta i księstwa sympatyzujące z ruchem reformacyjnym. Nie tylko głosił Ewangelię, ale także wzywał do reformy stosunków miejskich, finansów i tworzenia kas gminnych. Nigdzie nie przyjął stałej posady pastora, ale pomagał w przeprowadzeniu reform. Efektem tej pomocy były „porządki kościelne”, ustawy regulujące sytuację Kościoła po oderwaniu od Rzymu i odrzuceniu prawa kanonicznego. Ich postanowienia wykraczały poza religię, dotykając kwestii finansowych i społecznych.

Pierwszym „porządkiem” pióra Bugenhagena była ustawa dla Brunszwiku (z 1528 roku). Później ukazały się ustawy kościelne dla Hamburga (1529), Lubeki (1531), księstw pomorskich (1534 – 1535), Danii (1537), Norwegii, Szlezwiku i Holsztynu (1542), księstwa Brunszwiku-Wolfenbüttel (1543), miasta Hildesheim (1544). W Rzeszy i Skandynawii w XVI wieku ogłoszono setki podobnych ustaw.

Na mocy „porządków” gminy protestanckie tworzyły kasy gminne. Na ich czele stali diakoni, zwani też prowizorami. Na prowincji kandydatów na diakonów zwykle wskazywali pastorzy, a zatwierdzał patron gminy. Natomiast w miastach wybierała ich na ogół rada miejska z udziałem pastorów i starszych gminy. Diakoni mieli obowiązek opiekować się kasami, sporządzać rachunki, dbać o stan świątyni i jej otoczenie. Zarządzanie majątkiem gminy i środkami na pomoc dla biednych zostało w rękach patrycjatu miejskiego.

„Porządki” Bugenhagena różniły się od ustawy dla Wittenbergi istotnym szczegółem. Bugenhagen uznał, że zamiast jednej kasy finansującej całą działalność lokalnego Kościoła, należy utworzyć dwie niezależne instytucje: kasę gminną i kasę biednych. Kasa gminna winna przejąć majątek Kościoła, a kasa biednych - środki na pomoc ubogim. Stojący na czele tej ostatniej diakoni  podczas niedzielnego nabożeństwa zbierali datki na ubogich. Dzięki podziałowi na dwie kasy wierni wiedzieli, że ich pastor utrzymuje się z pracy, a nie z jałmużny. Ta bowiem trafia do biednych.


 



KALENDARIUM | DYSKUSJA | ARCHIWUM | KSIĘGARNIA

© 2001 Dom Wydawniczy BELLONA