Skarpeta pielgrzyma
|
|
ZA KARĘ
Michał Wójcik
Nie tak dawno otrzymałem list. Szara urzędowa koperta, zamiast adresata wpisanego spracowaną rączką sekretarki – gotowa nalepka. Po drugiej stronie koperty, tam gdzie nadawca zwykle umieszcza swoje dane – naklejka Telewizji Polskiej. Adres taki jak trzeba: Woronicza 17. Dopisek: „Wiadomości”. Dziwny tylko pocztowy stempel – „Lublin 2”. Podejrzewam, że oprócz mnie takie listy odebrało kilkuset (a może kilka tysięcy, czy nawet milionów) dziennikarzy. W nagłówku jest bowiem mowa o wszystkich czasopismach i środkach przekazu. Nie tylko w kraju. Na świecie również. Otwieram kopertę i ze środka wypada oświadczenie na Święto Niepodległości 11 listopada. W pomarańczowym kolorze. Chętnie dowiem się, kto jest teraz szefem „Wiadomości” TVP, więc szukam autora. A tu niespodzianka – przedziwny zapis: za Brygadę Narodu Polskiego podpisali w Gnieźnie... Dalej trzy sympatyczne nazwiska. Wzrok podąża w górę i... uśmiech znika mi z lic. Ktoś – czytam chaotycznie – deformuje ludziom umysły. Po chwili wszystko jest jasne. Warstwy urzędniczo-polityczne Europy i tzw. Ameryki, wspomagane przez morderców Syna Bożego, stały się elementem decydującym o losie milionów ludzi. Skądś znam ten ton: przecież podobnie myślał autor Kodu Leonarda da Vinci. Potem jest jeszcze lepiej: Polska, od ponad 1000 lat dająca najlepszy i najszlachetniejszy przykład kulturowy do rozwoju Chrześcijańskiej Europy i całego świata, stała się specyficznym terenem doświadczalnym dla tzw. ugrupowań neo-pogańskich. [...] medialni decydenci w Ojczyźnie są bezwzględnie nielegalni. Wracam do koperty. Jak wół stoi, że to do mnie. Serio: czy ja też przykładam rękę do zagłady prawdy? A może to jakiś ponury żart? Nie do śmiechu mi jednak, bo czytam dalej, że najważniejsze idee Europy są sponiewierane, Naród Polski moralnie niszczony, ludzie nieświadomi, ogłupieni i uciśnieni. Dlatego – wytłuszczony druk nie pozostawia złudzeń – ten, kto obrażać będzie Prawdziwą Historię Polski może liczyć się z upomnieniem, ostrzeżeniem lub karą. Karą? No to stało się! A jak to się ma do kompetencji KRRiTV? Kim są ci janczarzy sprawiedliwości eteru, kosynierzy druku. Wiadomo, że na razie są w Gnieźnie, ostrza szlifują o grobowiec Mieszka i Chrobrego. Ale ich sfera wpływu jest olbrzymia: Bydgoszcz – Chicago – Częstochowa. Tego samego dnia jestem na otwarciu nowego kanału telewizyjnego TVP Historia. Zamek Królewski w Warszawie – to tu Rejtan kładł się i rozdzierał szaty, aby zapobiec rozbiorowi Rzeczypospolitej, to tu ostatni król cieszył się z uchwalenia Konstytucji 3 maja. Teraz w Sali Balowej siedzą eminencje, ekselencje, zasłużeni goście. Prezydent w pierwszym rzędzie, Norman Davies wnet przemówi. Czy czytali już ostrzeżenie Brygady Narodu Polskiego? Myślę, że w tym kanale – mówi prezydent, gdy ruszyła już transmisja na żywo – nasza historia będzie pokazywana od strony krytycznej, ale nie od strony prześmiewczej lub widzącej tylko jeden, zły aspekt. Chyba oświadczenie nie doszło. Kilka dni później inauguracja Discovery Historia, nowego kanału TVN. Tym razem pałacyk Zamoyskich przy ulicy Foksal – miejsce rautów, ślubów, imprez hucznych. Jest to kanał dla ludzi szukających rozrywki, wiedzy i informacji dotąd nieznanych – mówi Marjory van Mackelenbergh z Discovery, a Grażyna Bukowska, szefowa projektu ze strony TVN, uściśla: historia to również anegdoty, w których groza miesza się z humorem. Sprawa jasna – oświadczenie i tu nie doszło. Informujemy zatem wszystkich, aby przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji związanej z ewentualnym profanowaniem lub obrażaniem Narodu Polskiego podjęli obowiązek przemyślanego i mądrego czynu, który nie będzie godził w podstawy Nowego Państwa Polskiego. Czasu niewiele, ale jeszcze można poprawić ramówkę. Bo oto co zobaczymy na antenie TVN Historia. Już w niedzielę 19 listopada ruszył cykl „Wielkie ucieczki” o ludziach, którzy uciekli z PRL. Może warto jeszcze przemyśleć ten tytuł. Bo czy można z Polski uciekać? Stąd, gdzie rzeki miodem, a stawy mlekiem płynące. Również w niedzielę cykl „Rozmowy niekontrolowane Macieja Szumowskiego”. Już rzut oka na listę gości każe mieć wątpliwości. A film dokumentalny o Fai Szulman? Jakby nie było innych bohaterów. A Wołodyjowski, Ketling, Zagłoba? Może oni również zasłużyli na karę?
|
Skarpeta pielgrzyma
|
|
LUSTRACJA POLSKIEGO LEONIDASA
Michał Wójcik
Jesień. Najgorsza pora roku. Zimno, pada, bure liście tworzą szarą breję. Wystarczy jeden nieostrożny krok i spod krzywej płyty chodnikowej tryska zimna zupa. Wlewa się taka do buta i odechciewa się wszystkiego. A może by tak kogoś zlustrować? Lustracja jest przecież dobra na wszystko. Rozgrzewa, energetyzuje, zmusza do działania. Od razu chce się żyć. Kogo by tu zatem... Może zajrzeć do teczki gen. Józefa Sowińskiego? Rocznica wybuchu powstania listopadowego za pasem, a my jak dzieci we mgle. Pamiętacie ze szkoły wzniosłe frazy o starcu o drewnianej nodze, który szczudłem nogę wspiera, ale jeszcze ci pokaże, jak Polak umiera. A tymczasem... Niniejszym spieszę donieść, że Józef Longin Sowiński wcale nie był entuzjastą wybuchu powstania. W Noc Listopadową mały figiel a podzieliłby los innych generałów, zabitych za brak entuzjazmu wobec rewolty. Gdy tłum patriotów wdarł się do Szkoły Aplikacyjnej, ówczesny pułkownik krzyknął, że nie zezwala na udział w ruchawce powierzonych mu małoletnich wychowanków. Wtedy ktoś chwycił za karabin, by przebić go bagnetem. Sowiński niechybnie padłby trupem, gdyby nie pewien elew, który zasłonił go swym ciałem. Co robisz? To kaleka! – krzyknął. Niespełna rok później, 6 września 1831 roku, widzimy Sowińskiego, już z generalskimi epoletami, na szańcach fortu 56 na warszawskiej Woli. Jest piąta rano. Zaczyna się atak rosyjskiej artylerii i piechoty. Dość szybko pada nie obsadzona reduta 55. Po chwili jegry są już w forcie 54. Broni jej z 300 żołnierzami ppor. artylerii Julian Konstanty Ordon. Gdy składa broń, przez nieuwagę jednego z żołnierzy wylatuje w powietrze skład amunicji. Teraz Rosjanie ruszają na lunetę nr 57. Stłumiwszy krótki polski opór, całą siłą zwalają się na najsilniej obsadzoną redutę 56. Gen. Sowiński tego dnia dysponował 1300 żołnierzami i 12 działami. Po dwóch godzinach walki przeszedł do legendy. Czyżby? Okazuje się, że wizerunek generała odpierającego rosyjskiej ataki aż do tragicznego końca zawdzięczamy nie naocznemu świadkowi, ale pamiętnikarce Klementynie z Tańskich Hoffmanowej. To ona cztery dni po śmierci obrońcy Woli napisała na jego cześć panegiryk: Widząc, że się oprzeć nie potrafi, postanowił przynajmniej bronić się do ostatniego. Jakoż zamknął się w kościółku, ale go zdobyli Moskale; tam stojąc na szczudle, dwóch szpadą ranił, dwóch z pistoletu położył, pardonu przyjąć nie chciał i zginął jak bohater z bagnetem w ręku. Hola! Co to, to nie! Generał inwalida, niczym wieloręki Siwa, strzela, siecze i dźga oparty o laskę? Na to zgody nie ma. Pora na prawdę najprawdziwszą! I niech wybaczą mi potomni. Jak lustrować, to do końca, jak obnażać, to do cna. Generał nie zginął oparty o ołtarz. Nie wyzionął ducha z hymnem na ustach. Nie krzyknął: Bóg, Honor i Ojczyzna! Gorzej – on się poddał! Cios w samo serce legendy zadał Jan Fedorowicz, w 1831 roku sierżant 8. Pułku Piechoty. W 1909 roku ukazały się drukiem jego wspomnienia: Rosjanie ukazali się u wejścia do naszego narożnika. Oficer ich – pamiętam go doskonale – młody, przystojny człowiek o jasnej cerze, wstrzymawszy żołnierzy skrzyżowaniem ramion, zawiesił białą chustkę na swej szpadzie. Na to Sowiński wysłał do niego kapitana Nowińskiego, z którym oficer rosyjski mówił po francusku. Nowiński powtórzył jego słowa po polsku generałowi. Słyszeliśmy je wszyscy, bo było nas już tylko kilkunastu i staliśmy blisko, otaczając naszego generała. Były to słowa: „Ponieważ reduta jest już w całości zdobyta, dalszy przelew krwi nie ma celu. Honorowi wojskowemu stało się zadość, niechaj dla ocalenia życia tych młodych ludzi generał rozkaże złożyć broń”. Sowiński wymienił potem z kapitanem kilka słów po francusku, po czym kapitan dał nam rozkaz: „Złożyć broń!”. Złożyliśmy nasze karabiny na ziemię, a kapitan Nowiński oddał swą szpadę oficerowi rosyjskiemu, ale tylko kapitan, gdyż generał miał tylko laskę. Tyle Fedorowicz. I choć walka rozgorzała zaraz na nowo, słowo się rzekło. Generał – donoszę usłużnie – poddał się, a dopiero potem jako jeniec zginął zakłuty przez jegrów. Manifestacja patriotyczna pod pomnikiem „zdrajcy” odbędzie się...
|
Skarpeta pielgrzyma
|
|
PUENTA BOBOLICKIEJ ZEMSTY
Michał Wójcik
Bardzo lubię historie z happy endem. A ta historia wcale nie zapowiadała dobrego zakończenia. Pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu mogła być kanwą oskarowego filmu o polskim charakterze narodowym. Ale jak to zwykle bywa, nasi filmowcy przespali okazję, a Andrzej Wajda musiał sięgnąć po stary, sprawdzony temat. Zekranizował Zemstę Fredry, jakby nie było innego, równie gorącego sporu. Dwa rody, jeden zamek, a pośrodku miedza. Zabrakło tylko Papkina. Kto kocha nasz Szlak Orlich Gniazd, od razu wie, o czym mowa. Dwa sąsiednie zamki (w zasadzie strażnice) na postrzępionych skałach w Bobolicach i Mirowie od zawsze były wizytówką Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Ta współczesna Zemsta działa się właśnie w Bobolicach. Działa się, bo w tym roku doszło do nieoczekiwanego zwrotu akcji w długiej historii tego miejsca. Ale po kolei. Rodziny Baryłów i Muchów mieszkały w tutejszej wsi od stu kilkudziesięciu lat, a może dłużej. Od niepamiętnych czasów kłóciły się o miedzę. Ta pechowo ciągnęła się przez środek zamku i małego stawu, po którym pływały kaczki obu rodzin. Zapewne nie był to pierwszy incydent, ale dobre trzydzieści lat temu pani Muchowa zauważyła brak swojego stadka. – To Baryłowa wyrżnęła gadzinę – zawyrokowała i napuściła na sąsiadów syna. Ten jednak – najwyraźniej w zimnym stawie kąpany – przełknął zniewagę i czekał sposobnej chwili na zemstę. Doczekał się. Baryłowie postawili bowiem metalowy płotek. Płot jak malowanie – cieszyła się Baryłowa. Krótko, bo nad ranem płotu już nie było. Dziś można by machnąć ręką, ale w okresie stałego deficytu wszystkiego utrata płotu zabolała podwójnie. Co było potem? Sporo mógłby powiedzieć komendant miejscowego komisariatu. Nieraz jeździł do Bobolic z interwencją. Aż nadszedł rok 1989. Baryłowie postanowili wreszcie wykurzyć wrażą familię Muchów i wystąpili do sądu o ustalenie prawa własności działki, na której stał zamek. Posiadali carskie zaświadczenie notarialne, że to oni są właścicielami pola. Mucha jednak był czujny. Zrewanżował się podobnym kwitem, tyle że z lat dwudziestych XX wieku, wydanym już w wolnej Polsce. Po pięciu latach pomiarów geodezyjnych, wyliczeń i wzajemnych oskarżeń o fałszerstwo zapadł wyrok. Niecały hektar z górnym zamkiem należy do Wacława i Marka Baryłów, zamek dolny i 60 arów równie marnej ziemi jest własnością Wacława i Władysławy Muchy. Pięć lat później w Bobolicach pojawił się kupiec. Biznesmen z pobliskiego Myszkowa postanowił nabyć zamek i po remoncie wybudować ekskluzywny hotel. Aby zrealizować pomysł musiał kupić obie zamkowe części. I zaczęło się od nowa. Baryłowie psioczyli na Muchów, ci na Baryłów. Absolutnie nie chcieli się porozumieć i zażądać wspólnie umówionej sumy. Biznesmen zrobił w końcu interes. Kupił pole z zamkiem górnym za ponad 100 tys. zł, a dolny z polem tylko za... 20 tys. zł. Baryłowie triumfowali. Syn Wacława Baryły wybudował wkrótce nową chałupę jak z żurnala o budownictwie – klocek z murowanych segmentów przykryty czerwoną dachówką. Gdy tylko budynek stanął, śmiech serdeczny wybuchł w domu Muchów. Wyjście z posesji sąsiada prowadziło wprost na ich działkę i mowy być nie mogło o swobodnym dojeździe. To oznaczało nowy proces. Czy do niego doszło? Nie mam pojęcia. Kilka dni temu spór zwaśnionych rodzin jak żywy znowu stanął mi przed oczami. Gdy przerzucałem telewizyjne kanały, na jednym z nich mignęła mi sylwetka bobolickiego zamku. Migawce towarzyszył komentarz dotyczący polityki. Co się okazało? Tajemniczym biznesmenem, który niegdyś kupił zamek, okazał się obecny senator Jarosław Lasecki. Jak obiecał, przystąpił do odbudowy zamku i pewnie uratował go przed dewastacją. Puentę dopisał jednak jego brat. Kilka miesięcy temu dokupił zamek w sąsiednim Mirowie. Tak oto bracia stali się właścicielami starych fortalicji i spór miejscowego Cześnika z Rejentem poszedł w zapomnienie. Teraz okolica żyje planem budowy pola golfowego i kolejki łączącej oba zamki.
|
Skarpeta pielgrzyma
|
|
APARAT MISTRZA ORBANA
Michał Wójcik
Każde miasto ma swój plac Pigalle. Wszędzie są czerwone latarnie, pod którymi najciemniej. Tak jest w Amsterdamie, Paryżu, Warszawie oraz Stambule. W tureckiej stolicy okryty trefną sławą „Lasek Buloński” ma prawie 7 km długości. Dokładnie tyle, ile liczy niegdysiejsza duma miasta – mury Teodozjusza, które przez 1123 lata odgradzały stolicę Bizancjum od reszty świata. Do czasu. Po 23 oblężeniach Konstantynopol padł. Niedługo potem runął na bruk pomnik Justyniana, a z cesarskiej ręki wypadło złote jabłko – owoc pożądania tureckiego sułtana Mehmeda II. Dziś lepiej nie zapuszczać się w okolice murów, gdzie wystają najtańsze stambulskie hurysy. O przygodę tu nie trudno, trudniej o ocalenie portfela, zdrowia, a nawet życia. Szkoda, bo w cieniu fortyfikacji łatwiej cofnąć się do feralnych kwietniowych dni 1453 roku. Właśnie zaczyna się oblężenie... Oddałbym wszystkie pieniądze, aby popatrzeć na minę Konstantyna XI, gdy 88. cesarz wschodniego Rzymu uzmysłowił sobie, że nadciąga nieubłagany koniec. Że za dzień, dwa, miesiąc miasto padnie, a w jego cesarskiej pierzynie zaśnie wraży Turek. Dzięki fascynującej opowieści Rogera Crowleya o upadku Konstantynopola wiemy dokładnie, kiedy oblicze cesarza pobladło – 12 kwietnia rano. Tego dnia niebo nad miastem rozdarł ogłuszający huk. Dały ognia tureckie armaty. Po każdej salwie posłańcy meldowali: oto pękł mur, oto runęła wieża... Wszystkiemu winna była Bazylika, piekielne ośmiometrowe działo, które wypluwało półtonowe kamienne kule z nieznaną dotychczas siłą. Nie ma w starożytności nazwy tego urządzenia – pisał wstrząśnięty Kritobulos – chyba, że ktoś określi ją mianem tarana lub wyrzutni. Jednak w zwykłej mowie wszyscy mówią teraz na nie apparatus. Turcy za pomocą kul ścierali mury w proch – pisał arcybiskup Leonardo, a inny naoczny świadek wyczynów Bazyliki donosił, że jej pocisk potrafił zwalić cały odcinek muru, tak jak niedbałe kopnięcie niszczy babkę z piasku. Dumne mury z dnia na dzień zmieniały się w kupę cegieł zmieszanych z ciałami obrońców. Pierwszy atak trwał dni siedem. Bazylika mogła wystrzelić dziennie siedem razy, co oznacza, że w stronę obleganego miasta poleciało prawie 50 pocisków. A dodajmy do tego kanonadę 68 innych tureckich dział... Widząc, co wyprawia turecki aparat, Konstantyn pluje sobie w brodę. Wie, że obracanie miasta w perzynę to poniekąd jego wina. Kilkanaście miesięcy wcześniej zwolnił ze służby pewnego Węgra – Orbana, który szybko znalazł nowego pana – Mehmeda II. Niewdzięcznik zaproponował sułtanowi stworzenie działa, które rozsławi jego imię. Mehmed kazał ustawić Bazylikę przed swoim namiotem i codziennie zagrzewał kanonierów do dzieła. Ci po każdym strzale zbierali pochwały. Do czasu. Pewnego dnia na metalowej powierzchni pojawiła się rysa. Po każdym strzale rosła. Stało się jasne – działo pęka. Na próżno Orban lał na armatę ciepłą oliwę, na próżno zmniejszał dawkę prochu. Zasugerował nawet Mehmedowi wstrzymanie kanonady. Drugi raz nie powtórzył tej prośby, bo zamiast kuli w kierunku obrońców poleciałaby jego głowa. Oceniwszy ryzyko – pisze Crowley – eksplozja działa przeciw niezadowoleniu sułtana – Orban polecił załadować Bazylikę i poprosił władcę, aby stanął z tyłu. Zagrzmiało, huknęło, wstrząsnęło. Gdy opadł dym i strzępy tych, którzy stali najbliżej, okazało się, że Bazyliki nie ma. Rozerwało ją na strzępy. Orban też gdzieś się zapodział i – jak z ukontentowaniem pisali chrześcijańscy kronikarze – już się nie odnalazł. Czyżby zginął marnie od podmuchu? To pobożne życzenie. Węgier oddalił się za swym sponsorem. Potem kontynuował dzieło zniszczenia z siedmiu pozostałych dział, jakie odlał swemu panu. Zapewne był również świadkiem ostatecznego szturmu Konstantynopola 29 maja. Tego dnia janczarzy wdarli się do miasta, cesarz zaś zginął nieopodal Bramy Św. Romana. Płaczcie, chrześcijanie Wschodu i Zachodu, płaczcie i opłakujcie ogromne zniszczenie – lamentował kronikarz Chalkokondyles – Konstantyn zabił 10 paszów, 60 janczarów, zanim pękła mu włócznia i złamał się miecz. Nie było nikogo, kto przyszedłby z pomocą. Turek ciął go w głowę, nieszczęsny Konstantyn spadł z konia i tak leżał w kurzu i krwi. Odrąbali mu głowę i nadziali na włócznię, a ciało pochowali pod krzakiem wawrzynu. Dziś mogiłę Konstantyna kryje zapewne asfalt obwodnicy. Ostał się ino popękany mur, dający cień sprzedajnej miłości.
|
Skarpeta pielgrzyma
|
|
OPOWIEŚCI WUJKA JANKA
Michał Wójcik
Każdy, kto odwiedza Paryż, musi w końcu stanąć w tej kolejce. Długiej i wijącej się wzdłuż parkanu Pałacu Sprawiedliwości. Potem – jak pamiętam – przejście przez bramkę pirotechniczną i już jesteśmy na dziedzińcu. Jeszcze jeden zakręt i oto stoi przed nami najsłynniejsza kaplica relikwiarz Saint-Chapelle. Nie wolno tu wchodzić, gdy niebo jest zachmurzone. Wtedy nie ma efektu. Za to gdy niebo bezchmurne i słońce wpada w witraże – staje się cud. Orgia kolorów jest taka, że można się poczuć jak w niebie. Polska też ma swoją Saint-Chapelle. Właśnie z niej wracam. Nasza kaplica mirakulum znajduje się na lubelskim zamku. Zbudowana w XIV wieku, klasy nabrała za panowania Jagiełły. Wtedy to bowiem król kazał ruskim malarzom ją wystroić. Do 1418 roku powstało cudeńko od góry do dołu zamalowane na modłę bizantyjską. Wystarczy podnieść głowę: tu wskrzeszenie Łazarza, a tu Jezus na źrebięciu wjeżdżający w bramy Jeruzalem, oto Jan Chrzciciel z białą brodą i Maryja z Eliżbietą. A dalej apostołowie... No i król. A w zasadzie dwa jego wizerunki. Ocalały cudem. Kaplicę św. Trójcy dokładnie po 400 latach zamalowano. W 1830 roku nikt już nie wiedział, co kryje się pod burym tynkiem. Kaplica niszczała i pewnie uległaby zagładzie, gdyby nie malarz Józef Smoliński. W 1897 roku, pchnięty przeczuciem, odłupał kawał farby na ścianie wieżyczki, która kryła schody na pięterko kaplicy. Nie wiem dokładnie, co odkrył, ale chcę wierzyć, że spod pacyny wychynęła właśnie głowa naszego króla. Wzruszający portret Władysława Jagiełły. Król na kolanach, dyskretnie objęty przez św. Mikołaja, klęczy przed Matką Boską trzymającą Dzieciątko. Ileż tragizmu kryje się w jego ufnym spojrzeniu! Przenieśmy się teraz w czasy Jana Długosza. Ten zrzęda i złośliwiec, nielojalny poddany domu Jagiellonów – nie cierpiał monarchy. W latach siedemdziesiątych XV wieku był w Lublinie nauczycielem synów Kazimierza Jagiellończyka. Możemy go sobie wyobrazić, gdy w czasie przeznaczonym na modły ciągnie za ucho do kaplicy małego Jana Olbrachta. Chłopiec wchodzi tam i milknie. Zaraz potem sypią się pytania do mądrego wujka. Wreszcie wzrok małego spoczywa na portrecie łysego dziadka. No i Długosz zaczyna opowiadać o Litwinie. Widzę go, jak zaciska swoje rachityczne piąstki pisarczyka i sapie do ucha Jasia robaczywy pacierz: Wzrostu był miernego – tak potem napisze w swojej kronice – twarzy ściągłej, chudej u brody nieco zwężonej. Głowę miał małą, podłużną, prawie całkiem łysą. Zgadza się. Jakby Długosz znał króla osobiście. Oczy czarne, małe, niestatecznego wejrzenia i ciągle biegające, kibić kształtną, lecz szczupłą, szyję długą – ględzi dalej złośliwie. Jakąż fatalną gębę przyprawia władcy: Chciwy chwały i zalety, rad ucha nadstawiał pochlebcom i oskarżycielom [...] do próżnowania i rozkoszy, do zabawy myśliwskiej i biesiad skłonny. No i te jego maniery! Jabłek i ich zapachu nienawidził, dobre jednak i słodkie gruszki po kryjomu zjadał [...] a sypiać i wczasować lubił aż do południa, dlatego mszy św. rzadko o należytym czasie słuchał. Ale najgorsze były jego zwyczaje – pogańskie i plugawe. – A jakie, wujku? – pyta Jasio. Wyrywał włosy z brody i powplatawszy je między palce, wodą ręce obmywał. Zawsze zanim z domu wyszedł, trzy razy obracał się wkoło i słomkę na trzy części złamaną rzucał na ziemię; nauczyła go tego matka [...] ale dlaczego i w jakim celu to czynił, nikomu za życia nie chciał powiedzieć. – Ale tata mówił, że królem był dobrym! – protestuje Jasio. – A gdzie tam! – ripostuje Długosz: człek płytkiego rozumu i małych zdolności, przy słabości swego umysłu i braku samodzielnego ducha, we wszystkich sprawach wojennych i domowych kierował się nie własną, ale cudzą wolą. No i na koniec: nie troskał się bynajmniej o odzyskanie krajów swego królestwa. I – miejmy nadzieję – tego było Jankowi za wiele. Mały w ryk, Długosz: Pssst, służba wnet, lekcji niet!
|
Skarpeta pielgrzyma
|
|
LANCELOT Z SIEDLĘCINA
Michał Wójcik
Czasy się zmieniają, ale jedna rzecz nie zmienia się wcale. Zastygła jak amen w pacierzu. Tkwi niewzruszenie od zarania dziejów. To cena biletu do wieży w Siedlęcinie. Od niepamiętnych czasów (dla mnie to połowa lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia) za wejście płaci się okrągłe 3 złote. Dzieci i studenci – złoty pięćdziesiąt. Bez względu na porę, zmiany na urzędach konserwatorskich. a ostatnio także po zmianie właściciela obiektu. Tu czas się zatrzymał! Siedlęcin to jedno z najpiękniejszych miejsc Dolnego Śląska. Rycerska siedziba zaś należy do obiektów topowych. Dzięki malowidłom, jakie się w niej znajdują, plasuje się w dziesiątce najważniejszych polskich zabytków. Piszę to dlatego, bo warto sobie uświadomić, że mogłaby się tu czernić smętna kupa zgliszczy. Kilkanaście lat temu ktoś wydał zgodę, aby to gustowne i użyteczne lokum udostępniać na imprezy zamknięte. Podochoceni trunkami goście postanowili rozpalić w piecu. Idea chwyciła, ogień również. Tyle że nieużywany od dziesięcioleci komin nie był na to przygotowany. Drewniany strop już się zajmował. Ostatecznie pożar ugaszono i dziś można kontemplować średniowieczną atmosferę. Zachodzące słońce wpada przez gotyckie okna i czyni to miejsce jeszcze bardziej magicznym. Można się tu rozmarzyć, i to jak! Jest rok 1344 albo 1346. Na ziemi świdnickiej i jaworskiej panuje kult dworskiej miłości. A także wytworna para książęca: Henryk I Jaworski i Agnieszka Czeska. Szczęśliwie wiemy, jak wyglądali, gdyż w Lwówku Śląskim zachowała się ich płyta nagrobna. Odziany w zbroję, zadumany Henryk leży koło uśmiechniętej damy. Zwrócony ku niej, odważnie trzyma ją za rękę. Ona, w powłóczystej szacie, drugą dłoń skromnie położyła na piersi. Czy w takiej samej sennej pozie możemy ich sobie wyobrazić tu, w Siedlęcinie? Zapewne tak, gdyż Henryk zamówił na ścianę zamku malowaną wersję legendy o królu Arturze. Jeśli wierzyć znawcy tematu Jackowi Witkowskiemu, kolorowy, choć dziś nieco wyblakły cykl przedstawia dzieje Lancelota. Oto – pisał przed wiekami włoski poeta Dino Compagni – przed naszymi oczami stają bitwy, turnieje, wytworne zabawy / i Artur co był niegdyś królem wielkiej sławy / Ginewra, żona jego wesoła i płocha / którą dzielny Lancelot do szaleństwa kocha. Oto i on. Zmęczony, właśnie zasypia pod jabłonią. Koło niego już czai się wredny Tarquyn. Obok Key pada przed Lancelotem na kolana. I oto znowu niezmordowany Lancelot toczy bój z Sagrmourem le Desreez. Obok Meleagant uprowadza Ginewrę. Lancelot interweniuje i tym razem. Zabija Meleaganta i wpada w tarapaty. Razem z uwolnioną Ginewrą dopuszcza się zdrady. Jak – to widać na ścianie siedlęcińskiej wieży. Łapie żonę króla Artura za rękę, i to lewą, co ma symbolizować związek nieprawy. A potem jest już upadek Camelotu. Na koniec Lancelot uzdrawia dotknięciem rannego rycerza. Ale co to? Urry de Hongre ma trzy nogi? W istocie nie jest to jeszcze gotowy obraz, szkic zaledwie. Tej części komiksu nie udało się ukończyć. Interpretacja cyklu zajęła naukowcom ponad sto lat. Średniowieczny malarz, podobno rodem ze Szwajcarii, nie podpisał dzieła ani nie wytłumaczył, kogo i co miał na myśli. Dla niego i współczesnych było to jasne. Że to dzieje Lancelota, wiemy od niedawna. Wszystkiemu winien pewien niemiecki konserwator. W 1936 roku orszak dam Ginewry pod jego pędzlem zamienił się w szpaler cystersów. Wystarczyło zmienić zielony kolor szat na biel mnisich habitów, aby zamiast miłosnego orszaku pojawili się zakonnicy. Zamiast legendy arturiańskiej, fundacja klasztoru w Krzeszowie. Na szczęście błąd naprawiono. Henryk i Agnieszka nie kontemplowali świątobliwych braci, ale rozpamiętywali dzieje nieszczęsnej miłości. Bo jak pisał William Shakespeare, pieśń ta bawiła chłopców i dziewczęta / po wieczorynkach i we wszystkie święta. Nie wiadomo tylko, kto kazał wsadzić w legendarny tłum świętego Krzysztofa. Henryk, a może już jego następcy? Św. Krzysztof bowiem to patron rycerskiej wierności. Wśród mitycznych postaci wygląda oryginalnie. Jacek Witkowski, niestrudzony detektyw cyklu, i na to znalazł odpowiedź. Malowidła siedlęcińskie – napisał w doskonałym studium Szlachetna a wielce żałosna opowieść o Panu Lancelocie z Jeziora – głoszą potrzebę wierności wobec suwerena, która jest ostoją pokoju i jedności państwa a także poprzez przypomnienie o nietrwałości życia doczesnego, głoszą konieczność szacunku wobec miłości małżeńskiej. Amen.
|
Skarpeta pielgrzyma
|
|
OJCZULEK BEM
Michał Wójcik
To było w ciemną noc komuny. Inflacja nie galopowała jeszcze jak husaria pod Chocimem. Chyba tylko dlatego Narodowy Bank Polski zdecydował się na druk papierowej dziesięciozłotówki. Gdy pierwszy raz wziąłem ją do ręki, zdumiała mnie nie jej podła jakość i skromna wartość nabywcza, ale bonus w postaci małej pieczątki. Tuż pod wizerunkiem łysego gen. Bema ktoś odbił „Komuna precz”. Jak to się stało, że dopiero co wypuszczony z drukarni banknot opatrzony był tak miłym hasłem? – zastanawiałem się. Gdy jednak stanąłem pod mauzoleum gen. Bema w Tarnowie, przekonałem się, że tajemnice lgną do tego człowieka jak muchy do lepu. Na bokach jego grobowca znajdują się napisy po polsku (to oczywiste), węgiersku oraz po turecku – aczkolwiek literami arabskimi. Wiedziałem, że Bem dla Polaków i Węgrów jest symbolem walki o wolność, ale że dla Turków...
|
Skarpeta pielgrzyma
|
|
Zamach na wspak
Michał Wójcik
Królobójstwo, zamachy na szczycie, obalanie dynastii fascynują ludzi od lat. Nic tak dobrze nie robi na pobudzenie jak zapach błękitnej krwi, widok konającego pomazańca, wrzask topionej księżniczki. Dzięki temu wielu dobrze urodzonych zeszło śmiercią nazbyt okrutną, ale za to dobrze udokumentowaną. Bo z zamachami na VIP-ów już tak jest. Razy, które na nich spadają z racji pozycji społecznej, bolą może bardziej, ale za to ofiary nie odchodzą psim swędem w wieczne zapomnienie. Pozostaje po nich świadectwo. Coś, czym historia się żywi i dzięki czemu trwa. W naszej pamięci, rzecz jasna. Kolejny dowód w tej sprawie przedstawił ostatnio Roger Moorhouse w świetnej książce Polowanie na Hitlera. Uczeń Normana Daviesa dzięki temu, że podmiot jego badań należał do osób znanych, otrzymał nie małą garść, a całe góry historycznych źródeł. I tak powstała książka arcyciekawa, potwierdzająca kolejną starą tezę. Zamachy, owszem, zmieniają historię, ale nigdy tak, jak przewidują to ich sprawcy - pisze Moorhouse. Tak jest w istocie, a przynajmniej tak było z Adolfem.
|
|
|